Groźne skamieliny w kodeksie karnym, czyli ekshumacja cenzury w Polsce

Udostępnij

Konstytucjonalista, profesor Wydziału Prawa Uniwersytetu w Sydney, dziekan Wydziału Prawa Europejskiego Instytutu Uniwersyteckiego we Florencji (2003-2006), profesor nadzwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego,…

Więcej

Przepisy, o których sądziliśmy, że są słusznie zapomniane i z powodu niestosowania obumarły, zostały entuzjastycznie wydobyte z grobu przez autorytarną władzę



Groteskowe postępowanie prokuratorskie w sprawie pisarza Jakuba Żulczyka, który nieładnie nazwał prezydenta Dudę, przypomniało starą prawdę, że ktoś, czyją cześć trzeba chronić za pomocą zakazów karnych, na tę cześć zapewne nie zasługuje. Szacunku nie stwarza się nakazem okazywania szacunku. Dobrego imienia nie da się zadekretować; trzeba na nie zapracować.

 

Odwrócona piramida – ci na górze powinni być najsłabiej chronieni

 

Niestety, polskie prawo karne ma w zanadrzu cały arsenał środków chroniących urzędników – poczynając od tego najważniejszego, a na pośledniejszych kończąc – przed krytyką w tonacji, która krytykowanym nie przypada do gustu. W tym nasze prawo przypomina konstrukcję piramidy ochrony czci charakterystyczną dla monarchii absolutnej, w której im wyżej ktoś stoi w hierarchii władzy, tym bardziej jest chroniony przed krytyką, z crimen laesae maiestatis, czyli zbrodnią obrazy majestatu, na szczycie piramidy.

 

Państwa liberalno-demokratyczne generalnie odwróciły tę piramidę: najwyżsi urzędnicy i politycy mają najmniejsze szanse skutecznie sięgać po sankcje karne czy nawet cywilne do ochrony swego „majestatu”. Jest tak z trzech przyczyn.

 

Po pierwsze dlatego, że osoby publiczne mają dużo łatwiejsze metody odpowiedzi na zarzuty, krytykę czy znieważenie: kamery i mikrofony krążą za nimi i uwielbiają takie wymiany kurtuazji. A w Polsce, jeśli jakiś obrażony (w swym mniemaniu) polityk nie dobije się do porządnych mediów, to zawsze pozostaje mu TVP.

 

Po drugie dlatego, że nikogo do polityki nie zaciąga się na siłę. Ktoś o wrażliwości nieśmiałego kleryka z seminarium duchownego Zakonu Braci Mniejszych nie powinien pchać się do życia publicznego, bo w demokracji skóra nosorożca jest jednym z wymogów zatrudnienia w tym zawodzie. Można się na to zżymać, ale nie można narzekać, że się nie wiedziało.

 

I po trzecie, co najważniejsze, ostre, gwałtowne czy nawet obraźliwe słowa są nieodłączne od krytyki politycznej, która przecież powinna podlegać w demokracji jak najpełniejszej ochronie. Fakty podlegają weryfikacji, ale ocen nie da się określać w kategoriach prawda/fałsz, a przecież inwektywy czy epitety należą do kategorii ocen. Jeśli sami politycy czy podległa im prokuratura zaczną decydować, które krytyczne opinie są „obelgami”, łatwo przewidzieć, że pomylą się w kierunku szerszej niż węższej ochrony swej „czci”. Czyli na niekorzyść wolności słowa.

 

By nie szukać daleko: ostry epitet Jakuba Żulczyka padł w kontekście krytyki prezydenta za opieszałe, zdaniem Żulczyka, działania prezydenckie względem prezydenta elekta USA. Czy krytyka była zasadna? Ja akurat uważam, że tak, ale to nie ma nic do rzeczy, bo wolność słowa nie chroni tylko „słusznych” ocen politycznych. Czy użyte słowo było zbyt ostre? To kwestia gustu. Dla wielu – zapewne tak, ale kultura wypowiedzi nie jest wartością konstytucyjną, przeważającą nad wolnością słowa.

 

Jak powiedział Europejski Trybunał Praw Człowieka w wyroku z 2016 r. w sprawie „Jacek Kurski przeciwko Polsce” (tak, ten Jacek Kurski!): „wolność dziennikarska obejmuje także możliwość uciekania się do pewnej przesady, a nawet prowokacji”. I dodał: „dziennikarze i publicyści, jak również inne osoby aktywnie uczestniczące w życiu publicznym, powinni wykazywać większy stopień tolerancji na krytykę wobec nich”.

 

Oto lista niebezpiecznych artykułów

 

Ale to Europa, a u nas – na odwrót. Polskie prawo karne dysponuje całą paletą przestępstw „godnościowych” chroniących majestat władzy.

 

  • Za zniewagę prezydenta można dostać trzy lata (art. 135 kodeksu karnego),
  • głowy innego państwa lub ambasadora – do roku (art. 136),
  • funkcjonariusza publicznego – do roku (art. 226),
  • „konstytucyjnego organu” – do dwóch lat (też art. 226),
  • narodu lub Rzeczypospolitej (art. 133) – do lat trzech.

 

Ten ostatni to zapis bardzo ogólnikowy, a przez to groźny. Jest to przepis, jakiego trudno uświadczyć w zachodniej części starego kontynentu (a jeśli czasami są – to są martwe), nie mówiąc już o USA. Natomiast jest jedna analogia – przepis tureckiego kodeksu karnego, który zabrania znieważania „tureckości lub państwa tureckiego” – a który został użyty do ścigania osób mówiących o popełnionym przez Turcję ludobójstwie Ormian w czasie pierwszej wojny światowej.

 

Religia też pod ochroną

 

Szczególny charakter ma przepis o ochronie uczuć religijnych, za co grozi kara do lat dwóch (art. 196). Ta szczególność wynika w Polsce oczywiście z symbiozy państwa z instytucjonalnym Kościołem katolickim; w rezultacie przepis pełni funkcję ochrony instytucji religijnej, ale w rzeczywistości państwowej.

 

Głośna była kilka lat temu sprawa piosenkarki Dody (podobnie jak potem piosenkarza Nergala), której słowa o „naprutych winem i palących jakieś zioła” autorach Biblii – rzeczywiście, ani mądre, ani eleganckie – dotarły do uszu zawodowego obrażalskiego. W rezultacie Doda została w 2012 roku skazana na karę grzywny przez sąd rejonowy, który zauważył, że wypowiedź Dody nie była tylko wyrażeniem jej poglądów, ale także „określała twórców Biblii jako osoby tworzące księgę świętą dla wielu religii pod wpływem alkoholu i narkotyków”, co zawierało „elementy poniżające i uwłaczające wyznawcom tychże religii”. Sprawa trafiła do Trybunału Konstytucyjnego – istniał niegdyś taki organ w Polsce – który z kolei uznał, że artykuł 196 kk o karaniu za obrazę uczuć religijnych nie jest sprzeczny z konstytucyjną wolnością wypowiedzi.

 

Argumentacja TK była bardzo znamienna i warto ją tu przytoczyć, gdyż pokazuje, jak głęboko przeniknęła mentalność godnościowo-obrażalska, infekując nawet sędziów TK, wówczas generalnie stojących po stronie wolności – ale nie wtedy, gdy na drugiej stronie szali były „uczucia religijne”. Trybunał wywiódł prawo do ochrony uczuć religijnych z konstytucyjnej wolności sumienia i wyznania – choć zupełnie nie wiadomo, dlaczego taka wolność miałaby być zagrożona przez czyjeś wypowiedzi godzące w uczucia religijne. Trybunał napomniał też, że „debata publiczna powinna toczyć się w sposób cywilizowany i kulturalny”, co jest poczciwym pouczeniem, ale nie zasadą konstytucyjną, zaś państwo nie jest guwernantką pilnującą przestrzegania taktu i kultury wypowiedzi.

 

Wolność wypowiedzi ograniczona tym, że kto inny mógłby się moimi słowami zgorszyć lub oburzyć, nie jest żadną wolnością, gdyż jak życie pokazuje, nie ma rzeczy, które kogoś by nie obraziły. Jak celnie zauważył w swym piśmie procesowym do TK pełnomocnik Dody, znany warszawski adwokat mec. Łukasz Chojniak, nie powinno dojść do sytuacji, „w której ochrona wolności osób wierzących będzie silniejsza od ochrony wolności osób niewierzących”. A tak niewątpliwie w Polsce jest.

 

W całym świecie liberalno-demokratycznym nastąpiło odejście od karania za bluźnierstwo – a Polska jest tu jednym z ostatnich bastionów siłowej ochrony uczuć religijnych. W ostatniej takiej sprawie, która pojawiła się przed amerykańskim Sądem Najwyższym, a było to w roku 1952, wybitny sędzia Felix Frankfurter powiedział w zdaniu odrębnym: „Bluźnierstwo jest słowem kameleonem, które może oznaczać krytykę czegokolwiek uznanego w danej chwili przez odpowiednie władze za ortodoksję religijną”, a sam sąd w swoim wyroku powiedział poetycko, że ze standardem bluźnierstwa w prawie „cenzor wypływa swą łodzią na ocean prądów rywalizujących ze sobą poglądów religijnych”.

 

O co by się tu dziś obrazić?

 

W efekcie w naszym kraju rozkwita gorliwość wyszukiwania wszelkich przejawów braku szacunku, za które można się obrazić. W konflikcie wartości: wolność słowa kontra godność narodowa, religijne świętości czy dobre imię funkcjonariusza publicznego, wolność wypowiedzi przegrywa z kretesem. Rozmaite wspierane przez rząd reduty dobrego imienia, redakcje niepokorne i media rządowe bacznie wyszukują, za co można by tu się obrazić: „Klątwa” w teatrze, ksiądz w filmie, Gross w księgarni, papież w muzeum, komunista na cmentarzu czy „polskie obozy śmierci” w gazecie w Nowej Zelandii.

 

Tworzy to neurotyczną nadwrażliwość zbiorową, w której święte oburzenie na zawołanie staje się drogą do kariery i sławy. Politycy zaś bezwstydnie wykorzystują ten rys naszego charakteru, wymyślając nowe metody obrony zbiorowej dumy, demonstrując w ten sposób swemu elektoratowi patriotyzm i przelicytowując politycznych rywali.

 

Konstytucja, wyliczająca dość ograniczone podstawy ograniczeń wolności słowa, w tym się nie liczy. Wolnościowo ujęte prawa i swobody obywatelskie – tym bardziej. Liberalni przeciwnicy karania za znieważanie narodu czy za obrazę uczuć religijnych wystawiają się na łatwy choć bezpodstawny zarzut sprzyjania oszczercom i wyśmiewaczom. Spirala wzmożenia godnościowego nakręca się coraz bardziej – a prawo staje się instrumentem opresji. Przepisy, o których sądziliśmy, że są słusznie zapomniane i z powodu niestosowania – obumarły, zostały entuzjastycznie wydobyte z grobu przez autorytarną władzę.

 

Nie ulega wątpliwości, że dla wielu osób ostre słowa o ich narodzie, tak samo jak niedelikatne wypowiedzi o ich religii, mogą być bolesne i drażniące. Ale to jest cena demokracji. Wolność słowa ma swoją wartość nawet wtedy, gdy jej realizacja powoduje subiektywny ból, zaś właściwą reakcją jest replika, a nie prokuratorski akt oskarżenia. Ci, którzy tak spektakularnie obrażają się w imieniu prezydenta, narodu lub religii, w istocie chcą wprowadzić cenzurę, jeszcze gorszą niż tradycyjna, bo wzmocnioną populistyczną argumentacją.

 

Artykuł ukazał się pierwotnie w „Gazecie Wyborczej”. Archiwum Osiatyńskiego dziękuje za możliwość przedruku.



Autor


Konstytucjonalista, profesor Wydziału Prawa Uniwersytetu w Sydney, dziekan Wydziału Prawa Europejskiego Instytutu Uniwersyteckiego we Florencji (2003-2006), profesor nadzwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego,…


Więcej

Opublikowany

31 marca 2021







Inne artykuły tego autora

28.01.2021

Kicz konstytucyjny mgr Przyłębskiej

12.12.2020

Sadurski: Bronić bezkarności jak suwerenności

02.11.2020

Prof. Sadurski: Nie wzywajcie imienia konstytucji nadaremno

23.07.2020

Prof. Sadurski: Kłamstwo to demonstracja bezkarności władzy. I test lojalności dla zwolenników

26.06.2020

Prof. Sadurski do Andrzeja Dudy: Oto dlaczego na pana nie zagłosuję

09.02.2020

Wojciech Sadurski: Ziobro trzymał kilkaset etatów, by zapełnić je swoimi ludźmi

29.09.2019

Prof. Sadurski: Jeśli PiS przegra wybory parlamentarne, Kaczyński może pójść siedzieć. Dlatego w kampanii nie zawaha się przed niczym

22.07.2019

Polska po 2015 roku: populizm – autorytaryzm – demokracja

12.04.2019

Sadurski – profesor ścigany przez PiS. „Jako człowiek dorosły wiem, co robię, i mogłem się tego spodziewać”

22.03.2019

Prof. Sadurski: Jeśli PiS przegra wybory parlamentarne, Kaczyński może pójść siedzieć. Dlatego w kampanii nie zawaha się przed niczym

26.10.2018

Oskarżam. Jarosława Aleksandra Kaczyńskiego, urodzonego 18 czerwca 1949 r. w Warszawie…

20.07.2018

Prof. Sadurski dla „Wyborczej”: Tzw. TK uznał, że prawem łaski prezydent może określić grupę osób całkowicie ponad prawem

18.06.2018

Prof. Sadurski dla „Wyborczej”: Pytania referendalne Dudy dzielą się na trzy kategorie: zbędne, bezsensowne i szkodliwe

18.06.2018

Pierwsza prezes Sądu Najwyższego się broni. To ona, nie zagranica, jest prawdziwym problemem dla Kaczyńskiego

09.06.2018

List profesorów prawa do Timmermansa: ustawa o SN powinna być pilnie rozpatrzona przez Trybunał Sprawiedliwości

19.04.2018

Zwołując posiedzenie KRS, Pierwsza Prezes SN zmarnowała okazję, aby zawalczyć o rządy prawa



Wesprzyj nas!

Archiwum Osiatyńskiego powstaje dzięki obywatelom i obywatelkom gotowym bronić państwa prawa.


10 
20 
50 
100 
200