Ewa Siedlecka: Zwierzęta polityczne

Udostępnij

Dziennikarka, publicystka prawna, w latach 1989–2017 publicystka dziennika „Gazeta Wyborcza”, od 2017 publicystka tygodnika „Polityka”, laureatka Nagrody im. Dariusza Fikusa…

Więcej

Wrażliwość na los zwierząt to jedna z tych sfer, gdzie najbardziej odmieniła się mentalność Polaków w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Szczególnie od uchwalenia – w 1997 r. – ustawy o ochronie zwierząt, której artykuł pierwszy głosi: „Zwierzę, jako istota żyjąca, zdolna do odczuwania cierpienia, nie jest rzeczą”.



Takie tematy, jak zakaz hodowli zwierząt na futra czy zakaz wykorzystywania zwierząt dzikich w cyrkach, stały się czymś, na czym można zarobić sympatię wyborców. Więc Jarosław Kaczyński mógł zaryzykować trwanie koalicji rządowej dla przeforsowania ustawy nazwanej piątką dla zwierząt. Zgłosił ustawę być może dlatego, aby przejść do historii nie tylko jako destruktor państwa prawa, ale też obrońca zwierząt. Ustawa miała nie tylko ocieplić wizerunek prezesa, ale też przekonać do PiS młodych, którzy bardziej niż polityką interesują się ekologią i prawami zwierząt. Czy było warto, to się okaże.

 

Jedna wada

 

Ze strony Kaczyńskiego ta ustawa to połączenie odruchu serca z pragmatycznym cynizmem. Jest autentycznie wrażliwy na los zwierząt. W 2003 r. założył – razem z bratem Lechem i m.in. prof. Ewą Łętowską – Polską Fundację Ochrony Zwierząt. Pomysłodawcą i duchem sprawczym fundacji był Samuel Dombrowski – niemiecki działacz na rzecz praw zwierząt, szczególnie zawzięcie zwalczający ubój rytualny, działający także na forum Unii Europejskiej. Do dzisiaj prezes PiS widnieje w KRS jako członek rady nadzorczej tej fundacji. Tak więc jego wrażliwość na los zwierząt – nie tylko kotów – jest autentyczna. Choć łączy ją – jak wielu ludzi – z jedzeniem mięsa, nie widząc w tym żadnej sprzeczności. Kilka lat temu telewizja pokazała jego wizytę bodaj na Podhalu: najpierw pozował z jagniątkiem na rękach, a potem siadł z gospodarzami do stołu i częstował się baraniną.

 

Piątka dla zwierząt mieści się we wrażliwości przeciętnego Polaka: dotyczy zwierząt domowych i futerkowych, które budzą wzruszenie miłym wyglądem, więc łatwo o empatię. Dręczenie zwierząt domowych budzi powszechny sprzeciw, podobnie jak hodowanie i zabijanie zwierząt wyłącznie dla zaspokojenia próżności: na futra, które dziś mogą być z powodzeniem zastąpione syntetykami. Zwierząt gospodarskich ustawa dotyczy w znacznie mniejszym stopniu. Nie budzą takiej empatii, mimo że hodowane i zabijane są w sposób nie mniej okrutny niż futerkowe. Ale zjadając je ze smakiem, ludzie wolą nie myśleć, skąd bierze się kotlet na ich talerzach czy kość, którą rzucają ukochanemu psu. Choć i tu podejście – szczególnie ludzi młodych – zmienia się, co było widać w społecznym ruchu sprzeciwiającym się eksterminacji stada wolnych krów z Deszczna (bo nie mieściły się w przepisach), a także w rosnącej modzie na wegetarianizm i weganizm.

 

W programach partii ogłoszonych w zeszłorocznych wyborach, a dotyczących zwierząt, program PiS jako jedyny uwzględniał zwierzęta gospodarskie. I to w mądry sposób: przez promowanie dopłatami hodowli ekologicznych z wysokimi standardami dobrostanu zwierząt. Ten program – jak się z czasem okazało – ma jedną wadę: nie jest realizowany.

 

Ustawa ma polepszyć los bezdomnych zwierząt w schroniskach. Zakazuje rejestracji placówek prowadzonych dla zysku. Będą mogły je prowadzić tylko organizacje ochrony zwierząt działające non profit oraz samorządy lokalne. To samo w sobie nie ukróci nadużyć, ale może zmniejszyć ich skalę. Dziś schronisku opłaca się upychać zwierzęta kolanem, nie zabiegać o adopcje, byle jak leczyć i karmić, ponieważ gmina płaci schronisku od sztuki. I często nie kontroluje w nim warunków. Niechętnie i byle jak kontroluje schroniska także Inspekcja Weterynaryjna. Sam zakaz funkcjonowania schronisk komercyjnych sytuacji nie uleczy, jeśli nie będzie w nich uczciwych kontroli.

 

W ustawie zapomniano o nałożeniu na schronisko obowiązku natychmiastowego zaczipowania każdego przyjętego zwierzęcia, także kastracji. Zaczipowanie pozwoli śledzić los zwierzęcia. Np. czy nie znika z jednego schroniska, by pojawić się w innym, gdzie znowu można za nie zainkasować pieniądze. Natomiast kastracja to najskuteczniejszy sposób na likwidację problemu bezdomności zwierząt. Tyle że za takie zabiegi w schronisku musiałyby płacić samorządy (niektóre zresztą to robią i bez obowiązku), więc zapewne podniosłyby bunt przeciw ustawie.

 

Naturalne skoki przez obręcze

 

A ustawa i tak wywołała gwałtowny sprzeciw: właścicieli ferm futerkowych i ich popleczników, jak choćby medialnego potentata, redemptorysty Tadeusza Rydzyka. Ale w tej chwili nie jest groźny, bo od rządu dostaje większe profity, niż mogą mu zaoferować futrzarze. A do wyborów daleko, więc jego poparcie na razie PiS niezbędne nie jest.

 

W dyskusji wokół ustawy pojawiły się także wątki religijne i niemalże filozoficzne. Ujawniła się prawicowa doktryna o tym, że zwierzęta są podporządkowane ludziom i powinny im służyć. Minister rolnictwa Jan Ardanowski stwierdził, że „stawianie zwierząt przed ludźmi jest zaprzeczeniem chrześcijaństwa”, stwierdził też że kwestie dotyczące „sumienia i aksjologii, poczucia dobra i zła, nie mogą być przedmiotem żadnego nakazu”. Także prezydent Andrzej Duda oświadczył, że „nie można w tym wszystkim zapominać o tym, że na pierwszym miejscu jest byt rolnika”. Takie argumenty, tyle że w znacznie ostrzejszej postaci, pojawiły się także w mediach społecznościowych, gdzie dziwiono się, że z powodu jakichś zwierzątek, które nikogo nie obchodzą, może zmienić się sytuacja polityczna w kraju.

 

Co do lobby futrzarskiego, jego argumenty o zrujnowaniu ważnej gałęzi gospodarki brzmią nieprzekonująco, skoro owa gałąź daje zatrudnienie zaledwie kilkunastu tysiącom osób: nierzadko jedna, dwie osoby obsługują kilkadziesiąt tysięcy zwierząt, więc nie dziwi, że żyją i umierają onew
drastycznym zaniedbaniu. A przychód państwa z tytułu podatków od hodowli jest zaniedbywalny, bo większość „małych” (do 16 tys. zwierząt) ferm zwolniona jest z podatku CIT. Takie przepisy już na początku lat dwutysięcznych załatwili sobie futrzarze (fermy „duże”, które wymagają skomplikowanych pozwoleń środowiskowych, liczy się od 84 tys. zwierząt).

 

Kolejne zwierzęta, którym pomoże ustawa, to te pokazywane w cyrkach i innych miejscach (z wyjątkiem ogrodów zoologicznych). Nie będzie można tak wykorzystywać zwierząt gatunków dziko żyjących. Zakaz wykorzystywania dzikich zwierząt dla celów rozrywkowych wprowadziło 15 państw na świecie, a kolejne 15 nałożyło ograniczenia. W Polsce prawo wymaga dziś jedynie akceptacji „scenariusza” występu przez Inspekcję Weterynaryjną, która ma ocenić, czy zwierzę nie jest zmuszane do zachowań „sprzecznych z jego naturą”. Sądząc po tym, co można zobaczyć w cyrkach, za naturalne Inspekcja uznaje występy zwierząt w czapeczkach czy pióropuszach, skoki przez płonące obręcze, balansowanie słoni na piłce lub chodzenie na tylnych nogach. A wszystko to w oślepiającym blasku reflektorów, hałasie widowni i orkiestry. Do tego między pokazami zwierzęta są transportowane w ciasnych klatkach na duże odległości, wyładowywane i załadowywane, żyją w permanentnym stresie.

 

Jak źrenica oka

 

Cyrkowy zakaz jest moralnie oczywisty, bo tak jak w przypadku zakazu hodowli zwierząt na futra, chodzi przecież wyłącznie o ludzką próżność. Kontrowersja pojawia się natomiast w przypadku uboju rytualnego, gdzie w grę wchodzi wolność sumienia i wyznania. Raporty przygotowane na zamówienie Unii Europejskiej, gdy opracowywano tzw. rozporządzenie ubojowe z 2009 r. (obowiązuje od 2013 r.), jednoznacznie stwierdzają, że ten sposób zabijania – przez wykrwawienie bez ogłuszenia – jest zdecydowanie bardziej okrutny niż metody poprzedzone ogłuszeniem.
Potwierdzono to obiektywnymi pomiarami, m.in. poziomu hormonów stresu. Unia dopuściła ubój rytualny, zakazując tylko pewnych metod, jak np. odwracane klatki (przytomne zwierzę obracane jest do góry nogami i w tej pozycji podrzyna mu się gardło, co powoduje paniczny strach i śmierć przez utopienie we własnej krwi, która wlewa się do tchawicy). Właśnie ukazała się opinia rzecznika generalnego Trybunału Sprawiedliwości UE Gerarda Hogana w sprawie Centraal Israëlitisch Consistorie van België i inni przeciwko Belgii, w której stwierdza, że całkowity zakaz uboju rytualnego jest sprzeczny z wolnością religii gwarantowaną Kartą Praw Podstawowych. Nie dotyczy to jednak piątki dla zwierząt, bo ona dopuszcza ubój rytualny na potrzeby lokalnych wspólnot religijnych.

 

W Polsce przez rok (2013–14) obowiązywał całkowity zakaz uboju rytualnego, dopóki Trybunał Konstytucyjny w 2014 r. go nie zniósł. Podczas rozprawy przed TK naczelny rabin Polski Michael Schudrich (notabene wegetarianin) sugerował Trybunałowi, że dopuszczenie uboju wyłącznie na potrzeby lokalnej wspólnoty będzie zupełnie wystarczające, ale Trybunał tę sugestię zignorował i dopuścił ubój bez żadnych ograniczeń. Trybunał (przy pięciu zdaniach odrębnych) stwierdził, że nawet najbardziej kontrowersyjne zwyczaje religijne podlegają ochronie (ciekawe, co by powiedział na obrzezanie kobiet?), a ówczesny prezes TK Andrzej Rzepliński podkreślił, że wolności religijnej należy strzec „jak źrenicy oka”.

 

Ryby nie krzyczą

 

Zwierzęta gospodarskie piątka dla zwierząt uwzględnia jako ofiary uboju rytualnego, a także jako ofiary okrutnego traktowania. Będą mogły – jak zwierzęta domowe – być odbierane dręczycielom przez organizacje ochrony zwierząt, które mogą w tym celu zażądać asysty policji i wchodzić na teren posesji bez zgody właściciela. Organizacje będą też traktowane jako strona w sprawach karnych o dręczenie zwierząt – to znaczy, że będą się mogły odwoływać np. od umarzania przez prokuraturę spraw o dręczenie zwierząt. Dziś też bywa, że prokuratura czy sąd uznają prawo organizacji do występowania w roli pokrzywdzonego, ale dzięki pisowskiej nowelizacji będą miały taką pozycję z mocy prawa. Podobnie w przypadku występowania jako strona w postępowaniach administracyjnych dotyczących dobrostanu zwierząt. Ale nie wszystkie organizacje – tylko te, które wpisze na specjalną listę minister spraw wewnętrznych.

 

Ustawa – mądrze – dostrzega, że najskuteczniejszym egzekutorem praw zwierząt są organizacje pozarządowe. To one zmieniły mentalność Polaków, wywalczyły w 1997 r. ustawę o ochronie zwierząt. One ujawniają przypadki znęcania: ostatnio sprawę schroniska-wymieralni w Radysach, skąd w tym roku wywieziono do utylizacji 4 tony martwych psów. Czy fermy futrzarskiej w Góreczkach, gdzie aktywista Otwartych Klatek zatrudnił się, żeby udokumentować warunki, w jakich żyje i umiera 400 tys. norek (materiał wyemitował portal onet.pl).

 

To organizacje wymuszają działania Inspekcji Weterynaryjnej, policji, prokuratury. I sądów prowadzących precedensowe procesy, jak choćby ten, dzięki któremu w grudniu 2016 r. Sąd Najwyższy orzekł, że ryby, jako istoty zdolne do cierpienia, wymagają humanitarnego traktowania, w tym transportowania i przechowywania wyłącznie w wodzie, i zabijania w sposób powodujący możliwie najmniej cierpienia (sprawa dotyczyła sprzedawania żywych karpi ze skrzynek do plastikowych reklamówek, do domowego uboju). To dzięki organizacjom do ludzi dociera, że ryby cierpią podobnie jak pies czy kot, chociaż nie krzyczą.

 

To tylko sztuka

 

Ustawa przewiduje też utworzenie Rady ds. Zwierząt przy ministrze spraw wewnętrznych, której zadaniem ma być „analiza i monitorowanie stanu ochrony zwierząt”. W jej skład mają wchodzić przedstawiciele organizacji prozwierzęcych, lekarzy weterynarii, osób prowadzących hodowlę
zwierząt i instytucji naukowych. O tym, w jakiej proporcji, zdecydować ma szef MSWiA. To słabość ustawy, która powinna być poprawiona w Senacie, żeby Rada mogła realnie sprawować kontrolę, a nie pilnować interesów hodowców i ludzi wykonujących doświadczenia na zwierzętach.

 

Pomysł utworzenia Rady to kompromis w stosunku do postulowanego od lat wyjęcia ochrony zwierząt z Ministerstwa Rolnictwa. Dziś mamy sytuację pilnowania kurnika przez lisa: jedyny organ powołany do egzekwowania praw zwierząt – Państwowa Inspekcja Weterynaryjna – podlega ministrowi reprezentującemu interesy ludzi eksploatujących zwierzęta.

 

To, jak inspektorzy weterynarii pilnują ustawy o ochronie zwierząt, pokazały sprawy schroniska w Radysach czy fermy w Góreczkach. Jeszcze gorzej jest z kontrolą praw zwierząt gospodarskich, bo tu wchodzi w grę interes rolników. A funkcje inspektorów pełnią lokalni lekarze weterynarii, czyli ich sąsiedzi. Kiedy w 2009 r. z inicjatywy organizacji Straż dla Zwierząt ujawniono sprawę 600 krów gnijących żywcem we własnych odchodach i umierających w hodowli w Janowcach pod Lęborkiem, miejscowa inspektor weterynarii mówiła: „Nie stwierdziliśmy nieprawidłowości. Są jedynie uwagi higieniczno-porządkowe”. A o zwierzętach wyrażała się per „sztuki”.

 

Okryte tajemnicą są rzeźnie, gdzie inspektorzy weterynarii mają obowiązek być przy zabijaniu każdego zwierzęcia, dopilnowując nie tylko jego zdrowia (a więc przydatności do spożycia), ale i dobrostanu podczas uboju (jakkolwiek makabrycznie by to nie brzmiało). W 2003 r. „Gazeta
Wyborcza” ujawniła nakręcony przez organizację Animals film z rzeźni w Żelistrzewie. Aktywiści przypadkowo zarejestrowali, jak do oparzarki wrzucono żywą świnię. Była źle ogłuszona, a w konsekwencji nie wykrwawiła się do końca. Inspektor weterynarii nie reagował (o ile był obecny) na szamotanie się zwierzęcia. Nie sprawdził, czy zwierzę jest ogłuszone (powinno zesztywnieć) przed powieszeniem za nogi i przecięciem tętnicy. Mimo to nie został ukarany, a jedynymi, którzy odpowiedzieli przed sądem, byli rzeźnicy.

 

Po tej historii NIK przeprowadził w rzeźniach kontrolę. Wynikało z niej, że to, co się stało w Żelistrzewie, dzieje się powszechnie. Nieprawidłowości wykryto w 60 proc. skontrolowanych rzeźni: zwierzęta były zabijane i wykrwawiane na oczach innych, czekających na swoją kolej, ogłuszane niesprawnymi urządzeniami, nieprawidłowo wykrwawiane.

 

Kontrolę NIK powtórzył w 2017 r. Wnioski: w co piątej rzeźni łamane są przepisy dotyczące dobrostanu zwierząt. A inspektorzy weterynarii tego nie widzą. Praktycznie nie kontrolują też uboju gospodarczego. I nie ponoszą za to odpowiedzialności ani służbowej, ani dyscyplinarnej.

 

Niechętna Inspekcja

 

Jednym ze źródeł patologii jest to, że lekarze weterynarii nadzorujący ubój mają płacone od głowy ubitego zwierzęcia. Im więcej rzeźnicy zabiją, tym więcej zarobi lekarz. Czepianie się stanu urządzeń i procedury spowalniają proces zarabiania pieniędzy. Gdy w 2014 r. ówczesny minister rolnictwa Wojciech Olejniczak chciał, by inspektorzy mieli płacone od przepracowanej godziny, przyjechali do Warszawy na protest i ogłosili strajk.

 

Inspekcja Weterynaryjna była powołana do badania zdrowia zwierząt pod kątem ich przydatności dla człowieka. Zadanie stania na straży ustawy o ochronie zwierząt nałożono na nią wbrew jej woli. I tak też to zadanie wykonuje. Także w przypadku zwierząt do doświadczeń. Stąd postulat powołania, na wzór niemiecki, niezależnego rzecznika praw zwierząt, który miałby uprawnienia do interweniowania w przypadkach łamania ustawy. Szkoda, że piątka dla zwierząt tego nie przewiduje.

 

Ale nie ma co wybrzydzać: piątka dla zwierząt i tak poprawia ich sytuację. Choć nie mniej poprawiłoby ją egzekwowanie dzisiejszych przepisów. W przypadku zwierząt gospodarskich – szczególnie wymogów ochrony środowiska. Gdyby ich na serio przestrzegać, w Polsce nie działałyby
fermy wielkoprzemysłowe, które już z założenia negują dobrostan zwierząt, prowadząc nie hodowlę, ale produkcję żywego mięsa na nogach. Jest ich w Polsce blisko 900 (łącznie z futrzarskimi). Raport NIK z 2015 r. pokazuje, że ich działanie systemowo łamie prawo ochrony środowiska. Teoretycznie do prowadzenia fermy wielkoprzemysłowej potrzebne jest tzw. pozwolenie zintegrowane, nakładające na właścicieli wiele wymogów związanych z ochroną środowiska. Aby ich uniknąć, właściciele fikcyjnie dzielą jedną fermę na kilkanaście mniejszych. „Małe” – do 1500 tuczników czy 40 tys. kur – jedynie zgłaszają działalność Wojewódzkiej Inspekcji Ochrony Środowiska. A te całkiem malutkie – poniżej 429 tuczników czy 15 tys. kur – w ogóle nie muszą zgłaszać działalności i nie są przez Inspekcję Ochrony Środowiska kontrolowane.

 

Ale szansa na poprawę kontroli jest mizerna, bo kontrolą nie da się zdobyć sympatii wyborców.

 

Oryginalny tytuł tekstu: Piątka dla zwierzątek. Polityka 39.2020 (3280) z dnia 22.09.2020; Temat tygodnia; s. 12.

 

Archiwum Osiatyńskiego dziękuje za możliwość przedruku.



Autor


Dziennikarka, publicystka prawna, w latach 1989–2017 publicystka dziennika „Gazeta Wyborcza”, od 2017 publicystka tygodnika „Polityka”, laureatka Nagrody im. Dariusza Fikusa…


Więcej

Opublikowany

1 października 2020







Inne artykuły tego autora

21.10.2020

Akcja „Anihilacja RPO” odwołana. Bunt w Trybunale Przyłębskiej narasta

19.10.2020

Siedlecka: PiS traktuje Trybunał jak prawną prostytutkę

28.09.2020

[WYWIAD] Adam Bodnar o naszych prawach i tym, co im zagraża

04.09.2020

Siedlecka: W sprawie Rzecznika Praw Dziecka opozycja idzie w ślady Ordo Iuris

04.06.2020

Siedlecka: Stan postprawia. TK Przyłębskiej przyklepał neosędziów

01.06.2020

Były członek PKW o wyborach, których nie było

06.04.2020

Siedlecka: Szaleńcze mutacje wyborczego wirusa w PiS

21.02.2020

Neo-KRS, mąż, kochanka i żona

11.02.2020

Nawacki – wzór sędziego „dobrej zmiany”. Zawdzięcza partii wszystko

11.02.2020

Siedlecka: Kto w Polsce sądzi gwałciciela i zabójcę dziecka? Sędzia czy opinia publiczna?

21.01.2020

„Kasta”, czyli niewybuch w TVP. Kapcie widzom nie spadły

20.12.2019

Siedlecka: Wojna sędziów z władzą PiS. Jest szansa na zwycięstwo

13.12.2019

Siedlecka: PiS ogłasza sędziom stan wojenny, ale jest skazany na porażkę

11.12.2019

Siedlecka ostrzega opozycję: Banasia nie można postawić przed Trybunałem Stanu

09.12.2019

Siedleckiej osobiste pożegnanie z Trybunałem: Pogrąży się we własnym bagnie

06.12.2019

Izby Relaksu w Sądzie Najwyższym, czyli gdzie szukać „nadzwyczajnej kasty”

28.11.2019

Siedlecka ujawnia: Rząd chce powołać anty-Bodnara. Będzie wiceministrem u Ziobry

21.10.2019

Sędzia dubler wzywa Przyłębską do dymisji. Konflikt w Trybunale Konstytucyjnym

29.09.2019

Siedlecka: Jaka „Kasta”, jaki Banaś? Nie ma sprawy, czyli parodia państwa

29.09.2019

Cztery lata rządów PiS: Straciliśmy renomę państwa praworządnego



Wesprzyj nas!

Archiwum Osiatyńskiego powstaje dzięki obywatelom i obywatelkom gotowym bronić państwa prawa.


10 
20 
50 
100 
200