O prawach kobiet w konstytucji i grzechach ustawodawcy, TK i sądów

Udostępnij

prof. dr hab., profesor w Instytucie Nauk Prawnych Polskiej Akademii Nauk, członek rzeczywisty Polskiej Akademii Nauk, członek czynny Polskiej Akademii…

Więcej

Szczodrości konstytucyjnych deklaracji o równości kobiet i mężczyzn nie towarzyszy praktyka. Konstytucja to nie opis rzeczywistości. Profesor Ewa Łętowska na stulecie praw wyborczych kobiet w Polsce, pisze krytycznie o roli ustawodawcy, Trybunału Konstytucyjnego w egalitaryzacji statusu kobiet



28 listopada 2018 roku przypada rocznica stulecia praw wyborczych obywatelek Rzeczpospolitej. Z tej okazji publikujemy wykład profesor Ewy Łętowskiej. Profesor mówi o konstytucyjnych gwarancjach równości i o tym, jak ustawy i praktyka stosowania przepisów mogą wydrążyć je z treści – choć art. 33 to nakaz kierowany do ustawodawcy: jak stanowić prawo i do sądów – jak je interpretować.

 

O tym, że w prawie standardem jest męska perspektywa. Prawa – aby były równe – nie mogą być budowane wedle wzorca ukształtowanego historycznie, wedle wizji i interesu charakterystycznych dla mężczyzn.

 

O ustawodawczym wyzwaniu, jakim są wyrównawcze działania prawa (np. kwoty) w celu egalitaryzacji sytuacji obu płci.

 

O orzecznictwie sądów i Trybunału Konstytucyjnego, którego problemem jest z jednej strony skąpość i wyrywkowość rozstrzygnięć, a z drugiej – konserwatyzm.

 

Krytycznie wypowiada się o wyroku TK z 15 lipca 2010 roku (sygnatura K 63/07), który aprobował konstytucyjność nierównego wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn (K 63/07, 15 .7. 2010 r), oceniające, że ta sprawa ujawniła brak konsekwencji i wrażliwości  TK w kwestii potrzeby, dopuszczalności i konstytucyjności ustawodawczych akcji afirmatywnych promujących kobiety.

 

Zwraca też uwagę na rozstrzygnięcie TK z 7 października 2015 roku (sygnatura K 12/14) dotyczące klauzuli sumienia lekarza. Dopatruje się problemu w tym, że TK  uznał nie tylko, że lekarz może powstrzymać się – z uwagi na wyznawany system wartości – od uczestnictwa w zabiegach czy diagnostyce, które uważa za sprzeczne ze swym systemem wartości, ale wręcz ma prawo powstrzymać się od informacji, gdzie kobieta może się udać, aby uzyskać świadczenia, do których prawo gwarantowane na poziomie ustawy zwykłej.

 

Profesor Łętowska nie waha się też powiedzieć krytycznie o sądach, które, w jej ocenie, dopiero uczą się wykorzystywać konstytucje i jej potencjał w codziennym orzekaniu. Wytyka sądom kulturowy konserwatyzm, ale też niedoświadczenie lub nieumiejętności wykorzystania potencjału konstytucji do urealnienia deklaracji z art. 33 i egalitaryzacji statusu kobiet.

 

Tekst wykładu profesor Ewy Łętowskiej pt. „Szczodrość deklaracji – skąpstwo realizacyjne, czyli o prawach kobiet w konstytucji”

 

  1. Dekret z 1918 r., podpisany przez Piłsudskiego (wyborcą do Sejmu jest każdy obywatel Państwa bez różnicy płci) nie był ani początkiem, ani darem.

 

Był to etap – prawda, znaczący –  długiego procesu emancypacji kobiet.

 

W 1906 roku wielki polski prawnik i socjolog, Leon Petrażycki, w pierwszej Dumie rosyjskiej, mówił: równouprawnienie kobiet to nie jest kwestia dowodzenia, że to warto przeprowadzić. To jest sprawa wychowania i przyzwyczajania społeczeństwa do oczywistości, za którą trzeba nadążyć.

 

To wychowywanie i przyzwyczajanie pochłonęło i pochłania ciągle mnóstwo czasu i wysiłku. Mieszczą się tu starania Polek o własne wykształcenie (często zagranicą – vide Maria Curie-Skłodowska), i ich praca organiczna na wielu polach, udział w ruchach wyzwoleńczych i rewolucyjnych, zdobywanie krok po kroku, pozycji i autonomii.

 

Sto lat temu dopomogła historia: I wojna światowa przeorała stosunki gospodarcze i społeczne. Kobiety w wielu miejscach musiały zastąpić mężczyzn na rynku pracy: Traktat Wersalski zawierał nawet deklarację równości płacy.

 

Formalna emancypacja polityczna była więc potwierdzeniem tego, co się faktycznie wydarzyło.

 

Polska Konstytucja z 1921 r. zawierała potwierdzenie równości praw wyborczych. Ale o samym równouprawnieniu kobiet – nic nie mówiła.

 

  1. Deklaracje konstytucyjne i pułapka języka

 

Konstytucja z 1997 w art. 33 ust 2 jest szczodra w deklaracje.

 

  • Kobiety „mają” równe prawo do kształcenia, zatrudnienia i awansów.
  • Do jednakowego wynagrodzenia za pracę jednakowej wartości.
  • Do zabezpieczenia społecznego.
  • Do „zajmowania stanowisk, pełnienia funkcji.”
  • A nawet do uzyskiwania godności publicznych i odznaczeń.

 

Szczodrości deklaracji nie towarzyszy jednak praktyka, a Konstytucja to nie opis rzeczywistości.

 

Gwarancje tego, aby po pierwsze, prawo odpowiadało potrzebom i interesom kobiet, a po drugie, aby praktyka jego stosowania prawa budowała efektywny, konkretny standard – są skąpe.

 

Konstytucja to kościec systemu prawa. Ale raczej panuje nad nim, niż rządzi praktycznym stosowaniem. Mówi o zasadach; ale ich deklaratywność przenosi ciężar regulacji na ustawy zwykłe.

 

I to ustawy, określając wyjątki, tryby, granice, warunki „operacjonalizującego mechanizmu” stosowania zasad – mogą wydrążyć z treści gwarancje konstytucyjne.

 

To ustawy zwykłe określają płacę minimalną, urlopy, warunki pracy, poziom i formy zabezpieczenia społecznego (por. art. 65 – 67, 69)

 

To one mówią co znaczy realnie – „ochrona i opieka” dla małżeństwa, rodziny, macierzyństwa i rodzicielstwa (art.18). One decydują o sprawności mechanizmów mających zapewnić implementację Konstytucji.

 

Konstytucja z 1997 roku współdziałanie konstytucyjnych zasad i ustaw zwykłych, wyraża w zróżnicowanych, czasem zakamuflowanych, formułach językowych, a nawet i milcząc ograniczając się do czystej deklaracji.

 

Uwiedzeni szczodrością ustawodawcy w art. 33 Konstytucji, zazwyczaj nie zastanawiamy się nad tą semantyczną pułapką.

 

Sami prawnicy nie zdają sobie sprawy jak dalece język prawa wprowadza nas (i ich samych)w błąd.

 

Gdy Konstytucja głosi (art. 33 ust. 1) Kobieta i mężczyzna mają równe prawa w życiu rodzinnym, politycznym, społecznym i gospodarczym, to „mają” oznacza tu tylko, że „powinni mieć”. To nakaz kierowany do ustawodawcy: jak stanowić prawo i do sądów – jak je interpretować.

 

Tu znów pojawiają się pułapki i iluzje, w które wpada ustawodawca i które utrudniają sądom wypracowanie realnego, efektywnego standardu gwarancji praw kobiet.

 

  1. „Równouprawnienie” – pułapka wzorca

 

Prawo ma płeć (męską). Zadecydowała o tym historia. Ale potrzeby i interesy obu płci nie są jednakowe. Co więcej, prawo przyjmuje za standard męską perspektywę. Zjawisko to jest ukryte za rzekomą neutralnością określenia adresata i dlatego właśnie trudne do dostrzeżenia.

 

Tymczasem w ustawach gramatyczna forma męska służy pochłonięciu – a zatem i wykluczeniu – rodzaju żeńskiego. Walka z tym semantycznym wykluczeniem kobiet, prowadzona także w Unii Europejskiej i na forach międzynarodowych, u nas jest w najlepszym wypadku jest niedostrzegana, bo zazwyczaj jest wyśmiewana jako przejaw dziwacznej pedanterii. Tymczasem jest to walka z wykluczaniem kobiet z przestrzeni prawnej, bo już wręcz banałem jest odwołanie się do stwierdzenia, że co nie nazwane – po prostu nie istnieje. I to dotyczy perspektywy polityki legislacyjnej determinowanej potrzebami jednej płci. A to ma bezpośredni związek z oceną, czy istnieje „równość w prawach” – czego wymaga art. 32 Konstytucji.

 

Prawa – aby były równe – nie mogą być budowane wedle wzorca ukształtowanego historycznie, wedle wizji i interesu charakterystycznych dla mężczyzn. „Równouprawnienie” nie może więc oznaczać po prostu „podciągnięcia” kobiet do męskiego wzorca. Z kolei różnicowanie samego prawa przez ustawodawcę, wpada w pułapkę fałszywego protekcjonizmu: albo dyskryminującego mężczyzn względem kobiet albo/i powodującego np. nieatrakcyjność kobiet jako konkurentów mężczyzn na rynku pracy.

 

  1. Proporcjonalizacja prawa a konserwatyzm sądów

 

Wyrównawcze działania prawa w celu egalitaryzacji sytuacji obu płci, to jedno z najtrudniejszych zadań ustawodawczych, uwikłane w politykę, ideologię, manipulację i ignorancję.

 

Dotyka to zwłaszcza preferencji wyborczych (kwoty), podniesienia statusu kobiet w wielu sferach życia społecznego i publicznego, ochrony kobiet jako „słabszych” klientek wymiaru sprawiedliwości w sprawach przemocy domowej.

 

Bo skoro nie wystarczy formalna neutralność prawa i jego treść trzeba różnicować, powstaje pytanie, jak ustrzec się, aby skądinąd uzasadniona preferencja dla kobiet, nie stała się narzędziem dyskryminacji płci drugiej albo „fałszywym sojusznikiem” samym w sobie, niejako wtórnie, eliminującym kobiety z życia społecznego.

 

Polska Konstytucja zawiera narzędzia   (art. 2, postulat rzetelnej legislacji, art. 31 ust. 3, zasada proporcjonalności) umożliwiające ustawodawcy i sądom w ramach oceny konstytucyjności prawa czy w ramach wyrokowania w konkretnych sprawach – rozwiązywanie  wskazanego wyżej dylematu.

 

Problemem jednak z jednej strony dla sądów i trybunałów jest skąpość i wyrywkowość ich rozstrzygnięć i z drugiej strony – ich konserwatyzm.

 

Trybunał Konstytucyjny, obecnie znajduje się w kryzysie, osłabiającym jego znaczenie jako efektywnego instrumentu wspierania proporcjonalizacji prawa.

 

Dopuszczalność akcji wyrównawczych w orzecznictwie TK nie jest kwestionowana co do zasady. Nigdy jednak nie doszło do frontalnej wypowiedzi na temat w ogólności uprzywilejowania pozytywnego stosowanego wobec uczestnictwa kobiet w życiu społecznym.

 

Generalnie TK aprobuje konstytucyjność ustawodawczych działań afirmatywnych (wyrównawczych -orzeczenia K 15/97, K 35/99, Kw 5/91, P 10/07, K 33/07), o ile znajduje to uzasadnienie w wartościach konstytucyjnych: zwłaszcza zasadzie sprawiedliwości społecznej, (art. 2 Konstytucji) lub nawet godności ludzkiej (art. 30).

 

Jednak jest coś niepokojącego, gdy prawnicy, sędziowie, politycy uznają za naturalne i normalne,   że kobiety powinny mieć „prawo” do wcześniejszej emerytury, skoro na nie spada ciężar usług opiekuńczych wobec dzieci i starszych lub chorych członków rodziny.

 

Jednak nie przychodzi im do głowy, że ciężar ten powinien równo obciążać obie płcie (ale wtedy jednak odpadałoby uzasadnienie kobiecego „przywileju”), a państwo może nie powinno oczekiwać, że akurat kobiety poniosą ryzyko niewydolności służby zdrowia i opieki społecznej.

 

Okoliczność, że na kobiety (i tylko na nie) przerzuca się konsekwencje niedorozwiniętej i źle funkcjonującej infrastruktury usług pielęgnacyjno-opiekuńczych wobec dzieci, wnuków i ludzi starych przedstawia się w dyskursie społecznym jako powinność kulturową, moralną, a nadto wyraz nie tylko interesu, ale i woli poszkodowanych.

 

Takie właśnie leży u postaw  wyroku aprobującego konstytucyjność nierównego wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn (K 63/07, 15 .7. 2010 r).

 

Sprawa ujawniła brak konsekwencji i wrażliwości  TK w kwestii potrzeby, dopuszczalności i konstytucyjności ustawodawczych akcji afirmatywnych promujących kobiety.

 

Innym przykładem konserwatyzmu godzącego w status kobiet jest rozstrzygnięcie TK dotyczące (K 12/14 z dnia 7 .10. 2015) klauzuli sumienia lekarza.

 

Problem w tym, że uznano tu nie tylko, że lekarz może powstrzymać się – z uwagi na wyznawany system wartości – od uczestnictwa w zabiegach czy diagnostyce, które uważa za sprzeczne ze swym systemem wartości, ale wręcz ma prawo powstrzymać się od informacji, gdzie kobieta może się udać, aby uzyskać świadczenia, do których prawo gwarantowane na poziomie ustawy zwykłej.

 

W miejsce wyważenia interesów, proporcjonalizacji oceny, mamy tu zero jedynkowe, formalne, potraktowanie mechanizmu mającego rozstrzygać konflikt interesów, ze szkodą kobiet. Problem jest palący, gdy się zważy trudności organizacyjne i faktyczne w dostępie do świadczeń zdrowotnych określanych na poziomie ustawodawstwa zwykłego.

 

  1. Konieczność odwołania się do standardów międzynarodowych

 

Sądy polskie dopiero uczą się wykorzystywać konstytucje i jej potencjał w codziennym orzekaniu.

 

Gdy idzie o urealnienie deklaracji z art. 33 i egalitaryzację statusu kobiet, nie sprzyja nabieraniu doświadczenia – atmosfera ideologicznej i politycznej krucjaty przeciw konwencji przeciwdziałającej przemocy w rodzinie czy metoda walki z tzw. „ideologii genderyzmu”.

 

Gdy więc ciężar realnego zagwarantowania prawnego statusu kobiet przesuwa się z konstytucji na sądy i trybunały, a te ostatnie, czy to z powodu swego kulturowego konserwatyzmu, czy niedoświadczenia lub nieumiejętności – potencjału konstytucji nie są w stanie wykorzystać, wówczas powstaje sygnalizowany w tytule artykułu konflikt szczodrości deklaracji konstytucyjnej i ubóstwa realnego standardu.

 

Co więcej, prawne uprzywilejowanie w celu eliminacji nierówności faktycznych (przez ETPcz i ETS aprobowane) na gruncie polskim natrafia na kolejny problem.

Wynika on ze stanowiska Trybunału Konstytucyjnego[1], wyrażonego w pełnym składzie, gdzie obiter dicta,  wypowiedziano myśl, że nierówność mająca źródło w okolicznościach faktycznych co do zasady pozostaje poza zakresem kontroli konstytucyjności sprawowanej przez TK.

 

To wyjaśnia chwiejności  stanowiska TK w kwestii relacji między równością formalną i równouprawnieniem. To zaś z jednej strony tłumaczy wstrzemięźliwość w kształtowaniu praktyki na tle art. 33, ale zarazem nakazuje ostrożność w prognozowaniu przewidywań co do ewentualnych ocen konstytucyjności przyszłych działań wyrównawczych wspierających się na zasadzie art. 33 Konstytucji.

 

Nic zatem dziwnego, że dla „kwestii kobiecej” w Polsce większe znaczenie niż abstrakcyjne i potencjalne, zaś praktycznie mało efektywne deklaracje normatywne w Konstytucji, mieć będą standardy zagraniczne: zorientowane sytuacyjnie, konkretne w swych stanach faktycznych i efektywne pragmatyzmie rozstrzygnięcia: TSUE i ETPCz, na tle Karty Praw Podstawowych czy Konwencji Europejskiej.

 

[1] W sprawie U 10/07 z 2.12.2009 r., OTK ZU Nr 11A/2009, poz. 163. Sprawa dotyczyła braku równouprawnienia kościołów; w Konstytucji 97 art. 25 Konstytucji, dotyczący równouprawnienia kościołów jest ujęty tak, jak art. 33 dotyczący praw kobiet (równouprawnienie, a nie nierówność traktowania czy brak dyskryminacji).



Powiązane raporty


Autor


prof. dr hab., profesor w Instytucie Nauk Prawnych Polskiej Akademii Nauk, członek rzeczywisty Polskiej Akademii Nauk, członek czynny Polskiej Akademii…


Więcej

Opublikowany

28 listopada 2018





Inne głosy w debacie



Inne artykuły tego autora

10.10.2019

Prof. Łętowska: Sądy są chłopcem do bicia. Władza polityczna dokonuje ich rekonkwisty

13.09.2019

Łętowska: Pusta sala w Sejmie nie obraża RPO. To obraza dla naszej demokracji, dla parlamentaryzmu

05.09.2019

Tyrania większości/Dyktat mniejszości?

05.09.2019

Ewa Łętowska: Do kogo się zwraca Kon-sTY-tuc-JA

26.08.2019

Ewa Łętowska: O nieodzowności kontroli sanitarnej w masarniach

19.07.2019

Profesor Łętowska wyjaśnia związki między wytworami imaginacji a reformą sądownictwa

26.06.2019

Niegodziwością jest szczuć rzecznika Adama Bodnara

29.04.2019

Prof. Łętowska: Wiktor Osiatyński przypominał, że Konstytucja jest tarczą chroniącą od tyranii

08.04.2019

Pogoń za króliczkiem jako realizacja kompetencji

27.03.2019

Bezsiła rządów prawa: etykiety jako decorum

14.02.2019

Prof. Łętowska: „Działanie TVP wobec Adama Bodnara to szykana”. Tarcza prawa zamieniona w oręż

17.12.2018

Prof. Łętowska: Kryzys postępuje przez obniżanie standardów działania władzy

10.11.2018

Prof. Łętowska: Trzeba wykonać postanowienie TSUE. Natychmiast. Sądy już to zrobiły

10.09.2018

Prof. Łętowska o stosowaniu prawa przez władze: „Dziurki nie zrobi, a krew wypije”

23.07.2018

Prof. Łętowska rozbija mit. Wyrok TK w sprawie „prezydenckiej łaski” w niczym nie ogranicza SN

06.07.2018

Zasada nieusuwalności sędziów to też norma intertemporalna

27.06.2018

Nowelizacja ustawy o IPN: pozostają przepisy o odpowiedzialności cywilnej

20.06.2018

Prof. Łętowska o tym, jak rząd zwodzi UE: Suma niecałych prawd prawdy nie daje

13.06.2018

Odwołanie do „chrześcijańskiego dziedzictwa” w złej wierze. Prof. Łętowska o pytaniach konstytucyjnych Dudy

30.04.2018

Referendum konsultacyjne: kulawe dziecko demokracji czy orzeł z czekolady



Wesprzyj nas!

Archiwum Osiatyńskiego powstaje dzięki obywatelom i obywatelkom gotowym bronić państwa prawa.


10 
20 
50 
100 
200