Nasza wadliwa, folwarczna demokracja. Gorzki esej prof. Ewy Łętowskiej

Udostępnij

prof. dr hab., profesor w Instytucie Nauk Prawnych Polskiej Akademii Nauk, członek rzeczywisty Polskiej Akademii Nauk, członek czynny Polskiej Akademii…

Więcej

Demokracja nie ma w Polsce pancerza państwa prawa wobec nieuchronnie jej grożącej tyranii - pisze prof. Ewa Łętowska. - Demoralizację paternalistyczną odziedziczyliśmy po PRL, zapatrzyliśmy się bezkrytycznie w demokrację liberalną, wisi nad nami nacjonalistyczny mit-fantom



Dzieciństwo i młodość przypadły mi na czas demokracji ludowej. W początkach pracy zawodowej mówiło się już częściej o demokracji socjalistycznej. Wtedy od literatury, teatru, w ogóle sztuki, wymagano, aby była uniwersalna w treści i narodowa w formie. Okropny był z tym kłopot, bo trudno było się zorientować w tym co uniwersalne i co lokalne, co typowe, a co specyficzne.

 

Dotyczyło to także pojęcia demokracji, w której wśród doboru przymiotników podkreślano dobitnie internacjonalny (w ramach tzw. obozu państw socjalistycznych) charakter.

 

To, co lokalne, snuło się gdzieś między prawicowo-nacjonalistycznym odchyleniem a socjalistyczną ortodoksją konkretnego historycznego etapu. W miarę jak człowiek robił się bardziej dojrzały/wnikliwy/krytyczny (zbędne skreślić), wyraźniej dostrzegał rytualno-kamuflujący charakter owych etykiet, niewiele pomagających zrozumieniu zjawiska.

 

Na demokrację liberalną patrzyliśmy przymykając oczy (zbyt mocno niestety)

 

Po transformacji 1989 roku droga wiodła nas od „demokracji socjalistycznej” ku „demokracji liberalnej”. Tak właśnie definiowana demokracja była mainstreamowo uznawana za niekwestionowany wzorzec. Ukształtowały go bardziej lektury i wyobrażenia o funkcjonowaniu demokracji na Zachodzie, w państwach ustabilizowanych i zasobnych, niż śledzenie ich dnia codziennego.

 

Podstawę obserwacji tworzyła przecież w miarę spokojna, miniona epoka lat 70. XX w. Niechęć do systemu „demokracji socjalistycznej” nakazywała idealizować wyimaginowany wzorzec demokracji liberalnej i przymykać oczy (zbyt mocno, jak się okazało) na różnice w aspiracjach (ekonomicznych, politycznych, kulturowych) w łonie własnego społeczeństwa.

 

Peryferie jak Polska – chciały zmienić kurs i płynąć razem z Zachodem – takim, jakim go znały z jego okresu powojennej prosperity.

 

Zakładało to rezygnacje z tego, co określano mianem „demokracji socjalistycznej” i przebudowę ustroju i prawa w celu osiągnięcia poziomu umożliwiającego akcesję.

 

Akcesja to nie przystąpienie „do czegoś”; to zobowiązanie do pracy na rzecz wspólnego funkcjonowania w tym „czymś”. Bez tego zastrzeżenia akcesja byłaby równoznaczna z kolonizacją lub/i imitacją.

 

Aby tego zarzutu uniknąć, integracja musi także, niezależnie od zdolności współpracy europejskiej, mieć za sobą demokratyczną legitymację wewnątrz kraju przystępującego, aprobatę społeczeństwa, jego consens. I tu leży sedno problemu.

 

Zbudowaliśmy demokrację bez pancerza państwa prawa

 

Nie sztuką było mieć legitymację w momencie akcesji. Problem było, jak ją utrzymać. Zresztą i sam wzorzec – by tak rzec – nie stał w miejscu, ewoluując pod wpływem własnych kryzysów ekonomicznych i politycznych, na przełomie XX i XXI w. nękających z różnym nasileniem świat zachodni.

 

Kluczowego elementu transformacji – państwa prawa – nie udało się uczynić czytelnym projektem społecznym.

 

A bez całego pakietu instytucji, procedur i rozwiązań prawnych (i to funkcjonujących, a nie na papierze!), składających się na standard demokratycznego państwa prawa – demokracja nie ma pancerza wobec nieuchronnie jej grożącej tyranii przy ewolucji w demokrację większościową. A więc tą, gdzie o demokracji ma świadczyć zwycięstwo wyborcze, jako jej warunek konieczny i wystarczający.

 

A u nas nie udało się przekonać, że nie wystarczy pozmieniać ileś tam ustaw, że konieczna jest praca nad kulturą prawną, nauczaną na przykładach, rzeźbioną w umysłach i sercach. Zwłaszcza w kraju historycznie nawiedzonym przez mesjanizm i komunizm; oba te koncepty zatruły zdolność przewidywania, samodzielność i umiejętność dostrzegania związków przyczynowo-skutkowych. Tymczasem Polska to jeden z krajów, które nigdy nie zrozumiały roli instytucji i prawa jako spoiwa społecznego i zarazem fundamentu demokratycznej podmiotowości jednostki.

 

Co zatem mamy teraz? Demokrację wadliwą i niepełną

 

Jakim przymiotnikiem należałoby więc opatrzeć polską demokrację w czerwcu 2020 roku? Nie jest to demokracja liberalna: ani z opisu rzeczywistości, ani z deklaracji. Nie jest to demokracja deliberatywną [której istotą jest deliberacja, czyli komunikacja społeczna oparta na rzeczowej argumentacji nastawiona na dążenie do prawdy i porozumienia – red.]. Te deliberacje parlamentarne jakie mamy w Polsce służą różnym celom, w tym rozrywkowym, maskującym, czy odreagowaniu frustracji – ale nie uzyskiwaniu konsensu jako fundamentu decyzji politycznych.

 

Zresztą centrum decyzji politycznej nie znajduje się w parlamencie. Inne zaś postacie deliberacji i partycypacji nie są zbyt popularne.

 

Typizacji demokracji i rankingów w jej ramach dla różnych państw świata dokonuje znany Indeks demokracji – analiza prowadzona od 2006 roku przez zespół badawczy przy tygodniku The Economist. Obejmuje ona pięć kategorii (proces wyborczy i pluralizm, funkcjonowanie administracji publicznej, partycypacja polityczna, kultura polityczna, wolności obywatelskie), ujętych w 60 pytań.

 

Wszystkie zaś kraje pogrupowano w czterech grupach:

 

  • pełne demokracje”,
  • „demokracje wadliwe”,
  • „demokracje hybrydowe”,
  • „systemy autorytarne”.

 

Definicje i kryteria decydujące od przynależności do poszczególnych grup, a co za tym idzie czwórpodział typów demokracji, mogą, rzecz jasna być przedmiotem dyskusji. Nie podobna jednak odmówić Indeksowi Demokracji przejrzystości metod i standaryzacji powtarzalnych co roku badań (zobacz obszerny kwestionariusz 60 pytań i wyjaśnienia kryteriów dołączany do raportu).

 

Płynęły stąd niepocieszające dla nas wnioski: pogarsza się polska pozycja. W rankingu 2019 roku znaleźliśmy się na 57. miejscu w grupie „niepełnych demokracji” (państwa sklasyfikowane na miejscach od 23 do 75), za Węgrami i Ghaną, które zajęły ex aequo miejsca 55 i 56, daleko za Estonią (miejsce 27), Czechami (32), Słowenią i Litwą (po 32), Łotwą (38), Słowacją (42) i Bułgarią (47).

 

Od 2006 roku nasz indeks wynosi 6.62 punktów, podczas gdy lider pełnej demokracji, Norwegia ma ich 9.87, Korea Południowa, otwierająca grupę niepełnych demokracji (miejsca 23-48) – 8 pkt, a pierwsza wśród reżimów hybrydowych, Północna Macedonia (zajmuje miejsce 77) ma ich 5.97.

 

Począwszy od 2006 roku, gdy badania przeprowadzono po raz pierwszy, spadaliśmy systematycznie w ramach naszej grupy, z poziomu 7.30 punktów. Pesymizm pogłębia fakt, że rok bieżący już przyniósł wydarzenia, które nieuchronnie przyniosą dalszy regres. Chodzi o kwestie wyborcze – stoją one wysoko w rankingu (są „punktodajne”) i w tej akurat kategorii wypadaliśmy gorzej niż źle.

 

Archiwum Osiatyńskiego nie tak dawno prezentowało z kolei wyniki raportu Freedom House za 2019 o poziomie demokracji w krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Potwierdzają one wnioski z ranking Indeksu Demokracji.

 

A po takich „wyborach” spadniemy jeszcze niżej

 

Tymczasem to, co się u nas stało w okresie marzec-czerwiec 2020: wielokrotne pospieszne i nieprzemyślane zmiany prawa wyborczego i zasad wyborów, z naruszeniem ich równości, zwieńczone skandalem „odwołania” głosowania na kilka dni przed jego terminem, mocą czysto politycznej decyzji liderów dwóch partii, nie przybranej w jakąkolwiek postać legalizacji prawnej, musi wpłynąć na obniżenie naszego indeksu demokracji w 2020 roku.

 

Przynależność do „demokracji wadliwych” jest kwalifikacją grupową, kategorialną; niewiele jeszcze nam mówi o narodowej specyfice wadliwości w ramach tej grupy. Jest ona znamienna kulturą bierności i niskim poziomem partycypacji politycznej, brakiem zaufania (charakterystycznym u nas), mocnymi utrwalanymi podziałami, małą empatią, deficytem solidaryzmu społecznego.

 

Wielkoduszna łaskawość władzy, czyli spadek po PRL i sarmacki kostium

 

Wolność – prawo – roszczenie to koncepcje właściwe społeczeństwu złożonemu z obywateli mających „swoje” prawa i wewnątrz sterownych. Oktrojowany przywilej i wielkoduszna łaskawość władzy – to koncepcja społeczeństwa biernego, z zewnątrz sterownego.

 

Demoralizację paternalistyczną odziedziczyliśmy po realnym socjalizmie. Ale czynnikiem historycznym, sprzyjającym bierności społeczeństwa, jest też trwałość zakorzenionego mitu-fantomu mesjanistycznej idei.

 

Eksponując kult cierpienia i sakralizację ofiary, służyła w momencie swego powstania moralnemu wywyższeniu narodu jako realizatora szczególnej misji zbawczej. Ten stereotyp to niebezpieczny składnik świadomości narodowej.

 

Wedle niego, sama Opatrzność miała czynić z Polaków wybrane narzędzie do walki ze złem historycznym. To polepszało samopoczucie, gdy w XIX w. Polska była pozbawiona niepodległości. Zarazem jednak demobilizowało i rozbrajało.

 

Nie bowiem własne, przyziemne wysiłki i praca nad sobą, lecz zewnętrzna, nadprzyrodzona Opatrzność miały być czynnikiem sprawczym, decydującym o pozycji wśród innych państw. Co gorzej, zaowocowało nieuzasadnionym poczuciem moralnej wyższości, towarzyszącym podziałom w naszym życiu społecznym. „W chwilach wzmożenia polskie życie polityczne wchodzi w sarmacki kostium” – trafnie zauważa Andrzej Leder.

 

Może wiec, poszukując określenia naszej ułomnej demokracji, zwrócić się ku narodowej tradycji i zacząć mówić o demokracji folwarcznej, mając na uwadze sposób traktowania (się) jej aktorów?



Autor


prof. dr hab., profesor w Instytucie Nauk Prawnych Polskiej Akademii Nauk, członek rzeczywisty Polskiej Akademii Nauk, członek czynny Polskiej Akademii…


Więcej

Opublikowany

7 czerwca 2020







Inne artykuły tego autora

11.08.2020

Prof. Łętowska o wyborach i areszcie dla Margot: Oportunizm sądów przyśpiesza śmierć państwa prawa

07.08.2020

Ewa Łętowska: SN orzekając o ważności wyborów ma stosować Konstytucję

14.07.2020

Prof. Łętowska: To nie były wybory, ale plebiscyt. Uchybienia wyborcze rzucają długi gęsty cień

06.06.2020

Ewa Łętowska: O niebezpieczeństwach widzenia świata w kategoriach cywilistycznych

07.05.2020

Prof. Łętowska ostrzega: Wybory będą 23 maja, obejdzie się bez SN (czyli o robieniu kiełbas i prawa)

05.04.2020

Prof. Łętowska: To blef, że grożą gigantyczne odszkodowania za wprowadzenie stanu klęski żywiołowej

13.12.2019

Prof. Łętowska: To projekt niekonstytucyjny, niedemokratycznie obraźliwy. Dokonuje się Polexit

06.12.2019

Prof. Łętowska: Chaos w sądach staje się faktem. Winni są politycy naruszający zasadę podziału władz

25.11.2019

Prof. Łętowska o wyroku TSUE: Był apetyt na rybę, ale dostaliśmy dobrą wędkę

10.10.2019

Prof. Łętowska: Sądy są chłopcem do bicia. Władza polityczna dokonuje ich rekonkwisty

13.09.2019

Łętowska: Pusta sala w Sejmie nie obraża RPO. To obraza dla naszej demokracji, dla parlamentaryzmu

05.09.2019

Tyrania większości/Dyktat mniejszości?

05.09.2019

Ewa Łętowska: Do kogo się zwraca Kon-sTY-tuc-JA

26.08.2019

Ewa Łętowska: O nieodzowności kontroli sanitarnej w masarniach

19.07.2019

Profesor Łętowska wyjaśnia związki między wytworami imaginacji a reformą sądownictwa

26.06.2019

Niegodziwością jest szczuć rzecznika Adama Bodnara

29.04.2019

Prof. Łętowska: Wiktor Osiatyński przypominał, że Konstytucja jest tarczą chroniącą od tyranii

08.04.2019

Pogoń za króliczkiem jako realizacja kompetencji

27.03.2019

Bezsiła rządów prawa: etykiety jako decorum

14.02.2019

Prof. Łętowska: „Działanie TVP wobec Adama Bodnara to szykana”. Tarcza prawa zamieniona w oręż



Wesprzyj nas!

Archiwum Osiatyńskiego powstaje dzięki obywatelom i obywatelkom gotowym bronić państwa prawa.


10 
20 
50 
100 
200