Lekarstwo gorsze od choroby, czyli co by było, gdyby sądownictwo było wielkim szpitalem

Udostępnij

Prof. dr hab., prawnik, profesor nadzwyczajny Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, specjalista w zakresie teorii prawa, związany z Centrum…

Więcej

Nieograniczona władza polityczna jest jak groźny wirus. Tak jak przed rzeczywistym wirusem może nas ochronić jedynie doświadczony, niezależny lekarz, tak przed samowolą państwa może nas obronić tylko mądry, doświadczony, a przede wszystkim niezależny sędzia.



Tekst prof. Matczaka został pierwotnie opublikowany w Magazynie Świątecznym „Gazety Wyborczej” 1 lutego 2020 roku.

 

Pomyślmy sobie, że polski system wymiaru sprawiedliwości jest jak wielki szpital. W szpitalu jak to w szpitalu – pracy nie brakuje: lekarze codziennie leczą i operują, pielęgniarki i pielęgniarze dzielnie ich wspierają, pacjenci przychodzą, zostają na kilka, czasem kilkanaście dni, ogromna większość z nich wychodzi ze szpitala w stanie lepszym, niż do niego trafiła. Szpital działa.

 

Czasami jednak zdarzają się nieszczęścia: pacjent trafiający na SOR zbyt długo czeka, jego stan się pogarsza, próba ratunku nie daje efektów i pacjent umiera. W czasie operacji zdarza się błąd – lekarz zaszywa w ciele chustę. Są też wciąż nierozwiązane problemy systemowe. Kolejki do ważnych zabiegów i operacji są bardzo długie, ludzie mówią o korupcji, oburzają się na opryskliwych lekarzy, którzy nie mają czasu dla pacjenta.

 

W szpitalu jak w życiu, mieszają się nasz lęk i zaufanie, nasze nadzieje i frustracje, zwycięstwa i porażki. Jest radość, ale jest też rozpacz. Jest codzienność i jest nadzwyczajność. Ale także błędy, których nie da się naprawić i z powodu których ktoś cierpi. Te ostatnie najczęściej trafiają na pierwsze strony gazet, bo ludzka tragedia sprzedaje się w mediach najlepiej. I mimo że szpital działa i ratuje ludzkie życie, obywatele oczekują reformy. Bardzo podobnie jest w przypadku sądownictwa.

 

Zestawienie w jednej metaforze służby zdrowia i wymiaru sprawiedliwości jest uzasadnione z wielu powodów. Oba te obszary należą do sfery usług publicznych i rządzą się jej prawami – są co do zasady kontrolowane przez państwo, nie są poddane prawom wolnego rynku, w tym bezwzględnej konkurencji, a więc nie są tak efektywne jak prywatne przedsiębiorstwa. I nie mogą być. Leczenie ludzi i wymierzanie sprawiedliwości to zbyt delikatne społecznie sfery, by je w całości oddać w prywatne ręce. I choć istnieją szpitale prywatne, a także prywatny wymiar sprawiedliwości w postaci sądów arbitrażowych, w obu obszarach dominuje i będzie zapewne długo jeszcze dominować państwo ze wszystkimi tego pozytywnymi i negatywnymi skutkami.

Duża część problemów polskiej służby zdrowia i polskiego sądownictwa to problemy wspólne. Ludzie zbyt długo czekają na operację wykonywaną przez lekarza i na rozstrzygnięcie swoich spraw dokonywane przez sędziego. I tu, i tu nie ponoszą realnych kosztów funkcjonowania obu instytucji, ponieważ pokrywa je państwo. Paradoksalnie, choć nie płacą, potrafią być dość roszczeniowi. Kiedy zostają wyleczeni albo kiedy dostają korzystny wyrok, uznają to za normalne i po prostu wracają do domu. Kiedy jednak efekt jest dla nich niezadowalający, potrafią być bardzo niemili. Nie mówiąc już o sytuacji, w której stają się ofiarą lekkomyślności, braku empatii czy wreszcie tragicznego w skutkach błędu lekarskiego bądź sędziowskiego: wtedy są w stanie poruszyć niebo i ziemię.

 

I mają rację – szpital i sąd to dwa miejsca, gdzie człowiek czuje się chyba najbardziej bezbronny wobec sił, nad którymi nie ma pełnej, a czasami żadnej kontroli.

 

I w szpitalach, i w sądach od wielu lat słyszymy, że trzeba je zreformować. Kolejki do zdrowia i po sprawiedliwość muszą być krótsze albo mają wręcz zniknąć, ręce lekarzy i sędziów mają być czyste, nie tylko w dosłownym, higienicznym sensie, jedzenie w szpitalu i obsługa w sądzie mają być na dobrym poziomie, choćby przyzwoitego, trzygwiazdkowego hotelu, a personel ładnie ubrany i uśmiechnięty. Polacy się bogacą i przyzwyczajeni do przyzwoitego poziomu usług prywatnych lubią sobie pod nosem powtarzać: „Tak powinno być w każdym banku”. A potem idą do szpitala albo do sądu i okazuje się, że nie jest jak w banku ani jak w hotelu. Jedzenie byle jakie, ze ścian odpada tynk, a personel najczęściej szary, zmęczony i nieuśmiechnięty. Więc żądają reformy – i w szpitalach, i w sądach.

 

W ostatnich pięciu latach wielkich zmian w ochronie zdrowia nie doświadczyliśmy, bo rząd skupił się na naprawie sądownictwa. Zobaczmy, jakie to były zmiany, tłumacząc je metaforą szpitala – zawiłości wymiaru sprawiedliwości łatwiej pojąć, gdy przedstawi się je na przykładzie bliższym naszej codzienności. Wszak istnieje większe prawdopodobieństwo, że trafimy do szpitala czy lekarza niż przed surowe oblicze Temidy.

 

Kolejki

 

Tak jak w ochronie zdrowia czeka się zbyt długo na operację, tak w sądach czeka się zbyt długo na sprawiedliwość. I tak jak w przypadku służby zdrowia prawo do jego ochrony, przysługujące nam na mocy art. 68 konstytucji, zbyt często zamienia się w prawo do śmierci w kolejce, tak w przypadku sądownictwa zbyt późno wymierzona sprawiedliwość zamienia się w niesprawiedliwość. Jak mówią bowiem Anglicy, „justice delayed, justice denied”, co można dosłownie przetłumaczyć jako „opóźnienie sprawiedliwości to zaprzeczenie sprawiedliwości” albo – bardziej w duchu głównej metafory tego tekstu – jako „sąd nieskory to sąd chory”.

 

Jak uleczyć chory sąd? Tu metafora w zaskakujący sposób się załamuje. Kiedy w 2014 roku problem kolejek w szpitalach nabrzmiewał, premier odpowiedzialnością obarczył ministra zdrowia i oczekiwał od niego „pakietu antykolejkowego”. Być może był to błąd – trzeba było raczej oskarżyć o lenistwo lekarzy. Tak zrobiono w przypadku kolejek w sądownictwie w ostatnich latach.

 

Zamiast potraktować problem przedłużających się postępowań sądowych jako problem ministra sprawiedliwości i oczekiwać od niego „pakietu antykolejkowego” w sądach, i rząd, i obywatele słuchali tegoż ministra, który w telewizji oskarżał sędziów o lenistwo – i chyba zdawali się mu wierzyć. Pamiętamy przecież kolorowe wykresy pokazujące, jak niewiele spraw rozstrzyga polski Trybunał Konstytucyjny w porównaniu z niemieckim odpowiednikiem. Pal licho to, że wykresy były zmanipulowane. Choć kolejki w służbie zdrowia to problem ministra zdrowia, kolejki w sądach to problem sędziów – taki przekaz poszedł w świat.

W Polsce jest około 140 tys. lekarzy, nie licząc dentystów. Oczywiście tylko część z nich pracuje w szpitalach – pozostali dbają o to, aby pacjent do szpitala nie trafił. W Polsce jest blisko 10 tys. sędziów. Nawet jeśli doliczyć do nich tych prawników, którzy doradzają klientom na co dzień i dbają, by sprawy do sądów nie trafiały, a więc radców prawnych (prawie 35 tys.) oraz adwokatów (około 15 tys.), osiągamy zaledwie połowę liczby lekarzy. Na tym tle warto pamiętać, że w polskich szpitalach leczy się stacjonarnie rocznie mniej więcej 8 mln pacjentów. Tymczasem do polskich sądów trafia rocznie blisko 16 mln spraw. To statystyka bardzo uproszczona, ale pokazująca skalę – w szpitalach jest źle, ale w sądach – jeszcze gorzej. Dodatkowo Ministerstwo Sprawiedliwości w 2017 roku zamroziło awans prawie 800 osób na stanowiska sędziowskie, czekając, aż będzie można te osoby powołać poprzez nową, kontrolowaną Krajową Radę Sądownictwa.

 

Czy można sobie wyobrazić, że Ministerstwo Zdrowia w sytuacji niedoboru lekarzy wstrzymuje około 10 proc. ich liczby, a więc 14 tys. osób, od wykonywania zawodu? A tak zrobiono z sędziami, jednocześnie oskarżając tych pracujących o lenistwo.

 

Po pięciu latach tzw. reformy wymiaru sprawiedliwości sytuacja jest gorsza niż przed „reformą”. Dane pokazują, że liczba spraw załatwianych przez Trybunał Konstytucyjny jest mniejsza o 80 proc. od tej, którą załatwiał wcześniejszy, rzekomo leniwy, stary Trybunał.

 

Nie znaczy to, że problemów konstytucyjnych jest mniej, ale że ludzie przestali ufać „zreformowanemu” Trybunałowi, tak jak pacjenci przestają chodzić do lekarza nie dlatego, że cudownie wyzdrowieli, ale dlatego, że przestają wierzyć w jego diagnozy.

 

Jeśli chodzi o kolejki do sądów – zamiast się skracać, drastycznie się wydłużają. Jak podaje Stowarzyszenie Sędziów „Iustitia”, na koniec 2019 roku statystyczny sędzia ma w swoim referacie dwa razy więcej niezałatwionych spraw niż w roku 2015. Postępowania sądowe przed „reformą”, a więc w 2015 roku, trwały średnio 55 dni, teraz trwają średnio ponad 80 dni, a więc wydłużyły się o ponad 45 proc. Wzrosła także o 16 proc. liczba skarg na przewlekłość postępowań.

 

Gdyby ta „reforma” dotyczyła służby zdrowia, określono by ją mianem zawału lub zapaści – niby ogrom zmian, a ludzie jeszcze dłużej czekają. Dlaczego? Bo te zmiany nie są reformami, ale czystką personalną. Bo nie zmieniają sądownictwa jako instytucji, zmieniają jedynie ludzi.

 

Ludzie

 

Gdyby sądownictwo było wielkim szpitalem, ministerialny pomysł na jego reformę wyglądałby mniej więcej tak: „Wyrzućmy z pracy naszych najbardziej doświadczonych lekarzy, w tym profesorów medycyny, i zastąpmy ich młodymi lekarzami po studiach. Oni będą leczyć szybciej, lepiej i generalnie szpital będzie funkcjonował fantastycznie”.

 

Głupie? Oczywiście! Ale tak „reformowano” sądy. Zaczęło się od próby wyrzucenia wszystkich sędziów Sądu Najwyższego – to przewidywała pierwsza ustawa zaproponowana przez Zbigniewa Ziobrę, a następnie zawetowana przez prezydenta Dudę. Niestety, nie przedstawił on innego pomysłu na zmiany, zmniejszył jedynie liczbę doświadczonych sędziów wyrzucanych z pracy – chciał się pozbyć tylko 40 proc., nie wszystkich. Za to jako lekarstwo na zbyt długie postępowania sądowe zaproponował… kolejną, czwartą instancję. Taki sens ma tzw. skarga nadzwyczajna, która oprócz wielu wad powoduje, że i tak długo trwające postępowania można otworzyć na nowo i prowadzić jeszcze dłużej.

 

Kto miał zastąpić najbardziej doświadczonych sędziów? Ci, którzy dotychczas pracowali na dole hierarchii sędziowskiej, oraz ci, którzy sędziami nigdy nie byli. Wskazują na to błyskawiczne awanse sędziów z sądu rejonowego do dwóch nowych izb SN (przykład sędziego Wytrykowskiego – w ciągu niecałych dwóch lat przeszedł z sądu najniższego do Najwyższego), które można porównać jedynie do awansowania w ciągu kilkunastu miesięcy młodego lekarza rodzinnego na ordynatora oddziału w dużym szpitalu klinicznym.

 

Od razu do Sądu Najwyższego trafili także w dużej liczbie byli prokuratorzy, notariusze, radcowie prawni i adwokaci, a więc osoby, które w sądzeniu nie miały żadnych doświadczeń. Bezpośrednie powołanie ich do najwyższego z sądów przypomina powierzenie kierowania złożoną operacją komuś, kto do tej pory tylko przy podobnych asystował.

 

Skoro reformowanie przez wyrzucanie najbardziej doświadczonych sędziów wydaje się całkowicie bez sensu, dlaczego to zrobiono? Słowo klucz, które wyjaśnia intencje reformatorów, to „dekomunizacja”. Ideą przewodnią zmian miało być usunięcie z sądownictwa osób, na których ciążą winy z czasów PRL. Nie wiadomo jednak, dlaczego postanowiono zastosować odpowiedzialność zbiorową znaną z ustrojów totalitarnych. Albo raczej wiadomo – bo hasło dekomunizacji miało być jedynie zasłoną dymną dla wymiany sędziów niedających się kontrolować na posłusznych. Dlatego choć udowodniono, że w stanie wojennym orzekało tylko dwóch z obecnych sędziów SN, z pracy wyrzucić chciano na wszelki wypadek wszystkich.

 

Pomysł dekomunizacji wypadł dość blado w świetle tego, że średnia wieku sędziego w Polsce wynosi 38 lat, co oznacza, że kiedy upadał komunizm, ten sędzia był dzieckiem – trudno w tym wieku być kimkolwiek, a zwłaszcza komunistą. Kiedy więc argument o potrzebie dekomunizacji zderzył się ze zdrowym rozsądkiem, zaczęto mówić, że nie o usunięcie komunistów tu chodzi, ale o pozbycie się tych, którzy przez komunistów zostali wychowani. Kim jednak tych wychowanych przez komunistów zastąpić? Nowo powoływani sędziowie mają bardzo często więcej niż 38 lat. Do jakich szkół chodzili i jakie studia kończyli? Czyż nie wynieśli swego wykształcenia z tych samych źródeł jak ci „komunistyczni”?

 

Poza tym, jak orzeka sędzia „wychowany przez komunistów” 30 lat po upadku komunizmu? Jakie ma cechy, które go dyskwalifikują? Czy w sprawach podatkowych zabiera obywatelowi wszystkie pieniądze i oddaje je państwu, ponieważ zwalcza własność prywatną? Czy gdy decyduje o opiece nad dzieckiem, odbiera je rodzicom i kieruje do przymusowej pracy w Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska”? Kiedy orzeka w sprawie dwóch spółek z o.o., obie przegrywają, bo sędzia jest zagorzałym przeciwnikiem wolnego rynku i popiera gospodarkę planową?

 

Jak w każdym populistycznym ataku wystarczy metka: usuńmy „komunistę” – treść kryjąca się za metką nikogo nie obchodzi.

 

Wymiana ludzi bardziej doświadczonych na mniej doświadczonych niczego nie naprawi – ani w szpitalu, ani w sądownictwie. Sądy potrzebują innych zmian – na przykład ograniczenia kognicji sądów, a więc, mówiąc po ludzku, zakresu spraw, które wymagają udziału sędziego. Długo kształcony lekarz chirurg nie musi sam robić pacjentowi zastrzyku, nie musi sam go usypiać czy zmieniać mu bandaży – zajmuje się operowaniem, bo tylko on może to zrobić.

 

Tymczasem polski sędzia zajmuje się wszystkim – nie tylko rozstrzyganiem konfliktów, czyli zastrzeżoną dla sędziego sferą wymiaru sprawiedliwości, ale też rejestrowaniem spółek i transakcji nieruchomości, liczeniem kosztów, a często nawet adresowaniem korespondencji sądowej.

 

Prawdziwa reforma mogłaby przekazać niekonfliktowe sprawy rejestrowe na przykład notariuszom, odciążyć długo kształconych sędziów zawodowych poprzez powołanie sędziów pokoju niebędących prawnikami, którzy mogliby rozstrzygać drobne sprawy. Prawdziwa reforma wsparłaby sędziów asystentami, tak jak lekarze są wspierani przez służby pielęgniarskie. To byłoby jednak mało populistyczne, mało spektakularne i nie dałoby kontroli politycznej nad sądami. A o to przecież w tej „reformie” chodzi.

 

Niezawisłość

 

O niezawisłości mówi się w ostatnich latach dużo. Czymże ona jednak tak naprawdę jest? Uznaje się, że ma dwa wymiary – wewnętrzny i zewnętrzny. Wewnętrzna niezawisłość sędziego to jego zdolność do oparcia się naciskom, na przykład politycznym, ale nie tylko – także naciskom wielkiego biznesu, mediów czy sądzonego właśnie celebryty i jego zagorzałych fanów. Zewnętrzna niezawisłość to zorganizowanie w taki sposób pracy sędziego, aby przed naciskami nie miał okazji się bronić, używając do tego celu siły swej wewnętrznej niezawisłości.

 

Te dwa rodzaje niezawisłości tłumaczy dobrze metafora, tym razem nie szpitalna, ale samolotowa. Niezawisłość wewnętrzna sędziego jest jak wewnętrzna zdolność kapitana samolotu, aby nie podporządkować się naciskom pasażerów. Nawet jeśli tymi pasażerami są ważni politycy, którzy koniecznie chcą zmienić trasę lotu, a to oznaczałoby przelot nad niebezpiecznym terytorium. Oprócz jednak odporności pilota na naciski zapewnia mu się takie warunki pracy, aby się tą odpornością jak najrzadziej musiał wykazywać.

 

Zewnętrzny wymiar niezawisłości obrazuje zasada sterylności kokpitu – nikogo nie może w nim być, nikt nie powinien przeszkadzać pilotowi w staraniach, aby bezpiecznie wylądować. Podobnie nikt nie może sędziemu przeszkadzać w jego staraniach, aby wydać bezstronny wyrok.

 

Niestety, wielu ludzi nie dostrzega różnicy między tymi dwoma wymiarami niezawisłości. Gdy zmiany w sądach doprowadziły do tego, że wiceministrowie sprawiedliwości publicznie grozili sędziom postępowaniami dyscyplinarnymi, zdarzali się sędziowie, którzy w obliczu tego oczywistego naruszenia niezawisłości zewnętrznej powoływali się na jej wymiar wewnętrzny. Sędzia Piwnik pytana o niezawisłość sędziowską w sercu politycznego cyklonu, który przechodził przez sądy, stwierdziła, że ona czuje się niezawisła. Skomentowałem wtedy to egocentryczne odwołanie się do niezawisłości wewnętrznej twierdzeniem, że gdyby panią sędzię zapytać o problem głodu na świecie, powiedziałaby zapewne, że ona dzisiaj jadła. Bez względu jednak na to, czy rozumiemy w pełni ideę niezawisłości, jest ona kluczowa dla sądów – a przez zmiany w sądach została naruszona.

 

Jak wyjaśnić doniosłość niezawisłości? Z pomocą znowu przychodzi nam metafora szpitala. Wyobraźmy sobie, że w naszym kraju władzę zdobywa partia, która ma bardzo zdecydowane stanowisko w jakichś sprawach medycznych. Na przykład Partia Absolutnych Przeciwników Aborcji, Partia Ochrony Dzieci przed Złem Szczepionek czy też partia zrzeszająca świadków Jehowy, którzy ze względów religijnych sprzeciwiają się transfuzji krwi.

 

Wyobraźmy sobie następnie, że partia ta wymienia wszystkich lekarzy w szpitalach – zwalnia bardziej doświadczonych, powołuje mniej doświadczonych, a jednocześnie jasno komunikuje, że oczekuje od lekarzy „postawy służebnej wobec państwa”. Dodatkowo lekarze, którzy publicznie sprzeciwiają się poglądom medycznym bliskim partii rządzącej, są publicznie krytykowani w mediach rządowych, a nawet zaczyna się wobec nich prowadzić postępowania dyscyplinarne. Oczywiście – jak głosi propaganda – wszystko to robi się po to, aby wśród lekarzy nie było świętych krów, a ci, którzy są uczciwi, mogą spać spokojnie.

 

Następnie wyobraźmy sobie, że przychodzimy do takiego zreformowanego szpitala z problemem medycznym. Przychodzi kobieta w ciąży, dla której donoszenie dziecka jest zagrożeniem życia. Przychodzi ojciec z dwulatkiem, aby go zaszczepić. Po wypadku trafia tam dziewczyna, która potrzebuje przetoczenia krwi. I lekarz radzi, żeby ciąży nie usuwać, dziecka nie szczepić i nie dokonywać transfuzji. Pytamy, czy jest co do tego absolutnie przekonany. Mówi, że robi to wyłącznie na podstawie swojej wiedzy medycznej. Pytamy, czy nie mówi tak, bo jest naciskany przez rząd. Odpowiada, że się czuje niezawisły i żeby go takim pytaniem nie obrażać.

 

Wiecie, co jest najgorsze w naruszeniu niezawisłości zewnętrznej? To, że nawet jeśli ten lekarz jest porządnym, odważnym człowiekiem, nawet jeśli w tym konkretnym przypadku ma rację, nawet jeśli istnieją rzeczywiste medyczne powody jego decyzji, i tak mu nie uwierzycie. Przecież czasami nie wolno szczepić. Być może zdarza się tak, że transfuzja nie jest rekomendowana. Nie ma to znaczenia – i tak nie uwierzycie, bo w najważniejszej dla was sprawie nie macie pewności, czy ktoś nie uległ naciskom. I pójdziecie do innego lekarza.

 

Zniszczenie niezawisłości w jej wymiarze zewnętrznym pozbawia sensu zawód lekarza i zawód sędziego, bo niszczy zaufanie. Nawet jeśli w konkretnym wyroku sędzia orzeknie wyłącznie na podstawie swojego sumienia i praw, nie uwierzymy mu, jeśli publicznie się na niego naciska, a decyzja jest przypadkowo zgodna z tymi naciskami. Dlatego właśnie nie wolno naruszać niezawisłości ani w przypadku lekarza, ani w przypadku pilota, a przede wszystkim w przypadku sędziego. Nie ma bowiem „prywatnych” sędziów, do których można by pójść, aby skonsultować swój przypadek, tak jak można pójść do prywatnego lekarza, jeśli nie ufa się temu, którego wynagradza państwo.

 

***

 

Po co to wszystko piszę? Aby w zalewie propagandy wyjaśnić, że to, co się stało z sądami w ostatnich pięciu latach, to nie żadna „reforma”. To brutalna, populistyczna czystka, którą najłatwiej poznać po owocach. Nie sprzeciwiam się tej czystce dlatego, że uważam polskich sędziów za chodzące ideały. Wprost przeciwnie – przed 2015 rokiem mocno krytykowałem sądy, zwłaszcza administracyjne, za zbytni formalizm, za tracenie z oczu człowieka, za automatyczne i bezmyślne przyznawanie racji państwu, które nęka obywatela. Ale obecnie gra nie toczy się o to, czy sędzia będzie trochę bardziej sprawiedliwy, trochę bardziej uprzejmy, o to, czy wykaże się empatią, czy też będzie opryskliwy.

 

Gra toczy się o to, czy w ogóle będzie sens mówić o sędziach, czy tylko o urzędnikach państwowych grzecznie wykonujących wolę politycznego naczelnika, nawet jeśli jest to sprzeczne z nauką, wiedzą i zdrowym rozsądkiem.

 

Jeśli nie zrozumiemy, że proponowane przez nasze władze zmiany, które jakoby mają uzdrowić pacjenta, zabijają go, będzie z nami naprawdę źle. Jeśli nie zrozumiemy, że naprawiać błędy systemu sądowego można punktowo, bez wywracania go do góry nogami, nie mamy szans na normalny kraj. Wchodzimy prawdopodobnie w kluczowy moment walki o niezależne sądownictwo, zwłaszcza po ostatniej decyzji zależnego od władzy Trybunału Konstytucyjnego, która funduje nam w Polsce podwójny system prawny.

 

Pamiętajmy o tym, że ta walka nie jest zwykłą polityczną wojną na górze. To walka o coś o wiele ważniejszego – o prawo każdego z nas do ochrony przed widzimisię urzędnika, przed niesłusznym oskarżeniem, przed złupieniem przez państwo.

 

Nieograniczona władza polityczna jest jak groźny wirus. Tak jak przed rzeczywistym wirusem może nas ochronić jedynie doświadczony, niezależny lekarz, tak przed samowolą państwa może nas obronić tylko mądry, doświadczony, a przede wszystkim niezależny sędzia.

 


 

Kwestie dotyczące praworządności w Polsce oraz w całej Unii Europejskiej będziemy dalej monitorować oraz wyjaśniać na łamach Archiwum Osiatyńskiego, a także – po angielsku – na stronie Rule of Law in Poland.

 

Podoba Ci się ten artykuł? Zapisz się na newsletter Archiwum Osiatyńskiego. W każdą środę dostaniesz wybór najważniejszych tekstów, a czasem również zaproszenia na wydarzenia.



Autor


Prof. dr hab., prawnik, profesor nadzwyczajny Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, specjalista w zakresie teorii prawa, związany z Centrum…


Więcej

Opublikowany

9 lutego 2020







Inne artykuły tego autora

30.01.2020

Prof. Matczak dla „Wyborczej”: Postanowienie Trybunału Konstytucyjnego to dramat

26.01.2020

Prof. Matczak: Od pięciu lat zmierzamy do katastrofy. Czas się cofnąć

19.09.2019

Polska PiS to naród, socjalizm i brak państwa prawa

27.08.2019

Afera w resorcie Ziobry. Polska Watergate

09.01.2019

Prof. Marcin Matczak: Dlaczego odnawia się autorytaryzm i jak temu przeciwdziałać?

30.07.2018

Prof. Matczak: Ustawę o Sądzie Najwyższym zmieniono pod znajomą Ziobry

02.06.2018

Amicus curiae do Trybunału Sprawiedliwości UE (wersja polska)

01.06.2018

List do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej ws. praworządności w Polsce

09.02.2018

Laudacja prof. Adama Strzembosza, laureata Nagrody RPO im. Pawła Włodkowica

16.01.2018

Skarga nadzwyczajna nie uleczy bolączek wymiaru sprawiedliwości

28.11.2017

Bez niespodzianek – nowy projekt ustawy o KRS tak samo niekonstytucyjny

24.11.2017

Złamanie Konstytucji nie jest czymś abstrakcyjnym

14.11.2017

Prezydent nie zaczął debaty o konstytucji. W społeczeństwie otwartym ta debata toczy się cały czas



Wesprzyj nas!

Archiwum Osiatyńskiego powstaje dzięki obywatelom i obywatelkom gotowym bronić państwa prawa.


10 
20 
50 
100 
200