Współpraca polskich i amerykańskich obrońców konstytucyjnej demokracji to fundament bezpieczeństwa narodowego Polski

Udostępnij

- profesor prawa konstytucyjnego i nauk politycznych na Uniwersytecie Yale (Sterling Professor), autor ponad stu artykułów i kilku książek naukowych,…

Więcej

Nie pozwólcie Kaczyńskiemu udawać, że jest inaczej. Bo: Waszyngton, Warszawa - wspólna sprawa. Demokratyczna.



Publikowany poniżej tekst to wykład, który Bruce Ackerman wygłosił 8 listopada 2018 roku podczas konferencji „Praworządność a polityka spójności. Co zyska i straci Polska na demokracji?”. Zorganizowały ją think tank „Wyborczej” „Przyszłość jest Teraz” i Archiwum Osiatyńskiego. Tekst opublikowany został w Gazecie Wyborczej dnia 26 listopada 2018 roku. Archiwum Osiatyńskiego dziękuje za możliwość jego przedruku 

 

Polska i USA znalazły się, co zastanawiające, w identycznej konstytucyjnie sytuacji. W Warszawie i Waszyngtonie zdobyli władzę przywódcy o despotycznych aspiracjach, mimo że w wyborach poparła ich mniejszość głosujących. Te mniejszościowe zwycięstwa spowodowały mobilizację na niespotykaną skalę sił demokratycznych, które mają już na koncie pierwsze wyborcze sukcesy – w przypadku Polski wybory samorządowe, a w przypadku USA wybory do Kongresu. Ważne jest, byśmy zrozumieli, jak te dwa ruchy – jeśli nie stracą dotychczasowego impetu i w następnych wyborach zdołają pokonać autorytarnych przeciwników – będą mogły kształtować przyszłość Europy XXI wieku.

 

Najpierw jednak przyjrzyjmy się temu, jak Jarosław Kaczyński i Donald Trump skutecznie sięgnęli po władzę popierani przez mniejszość wyborców.

 

W Polsce PiS zdobył 38 proc. głosów i 52 proc. miejsc w Sejmie, bo lewica podzieliła się na dwie konkurencyjne listy, z których każdej z osobna zabrakło niewiele, by pokonać próg wyborczy i wejść do parlamentu. Kaczyński nie rządziłby dzisiaj, gdyby oba lewicowe ugrupowania wystartowały jako koalicja. Łącznie niemal 20 proc. głosów padło na listy ugrupowań, które nie zdołały przekroczyć progu.

 

Także polityczna dominacja Trumpa jest konsekwencją obowiązującego mechanizmu przeliczania głosów Amerykanów na polityczną władzę. Jednak w odróżnieniu od polskiego system amerykański jest w XXI-wiecznych realiach nie do obrony. Polska nie jest przecież jedynym krajem, w którym obowiązują progi. Wiele krajów uznało, że są one sensownym sposobem zapobieżenia rozdrobnieniu parlamentu na wiele małych frakcji, co na dobrą sprawę uniemożliwia stabilne rządy.

 

Natomiast jedynym powodem, że Republikanie zdobyli władzę w Waszyngtonie, jest XVIII-wieczny system reprezentacji.

 

Jak państwo wiecie, Hilary Clinton zdobyła w skali kraju o 3 mln głosów więcej niż Trump, ale Kolegium Elektorów, które faworyzuje wyborców ze słabiej zaludnionych stanów, przekuło jego ogólnonarodową porażkę w ogólnonarodowy sukces.

 

Ale to dopiero początek. Jednakowa reprezentacja wszystkich stanów w Senacie ma dalsze niedemokratyczne skutki.

 

Przykładowo: Kalifornia ma 40 mln mieszkańców, podczas gdy sąsiednie Wyoming ledwie 600 tys. Znaczy to, że wyborca z Wyoming ma 70 razy większy wpływ na ostateczny skład Senatu niż jego współobywatel z Kalifornii. Także ordynacja wyborcza do Izby Reprezentantów daje w obecnej sytuacji znaczącą przewagę Republikanom.

 

W Polsce po dojściu do władzy Kaczyńskiego działacze demokratyczni muszą sobie radzić w znacznie bardziej opresyjnym środowisku politycznym. Jednak mimo tych strukturalnych niedogodności ruchy demokratyczne obu krajów zdobywają dziś szersze i mocniejsze poparcie dla działań na rzecz podstawowych konstytucyjnych zasad.

 

O losie polskiej demokracji zadecyduje nie Unia, tylko rząd w Waszyngtonie

 

Inaczej jest w Europie Zachodniej – we Francji, w Niemczech, we Włoszech, w Hiszpanii i Wielkiej Brytanii – gdzie partie demokratyczne głównego nurtu przegrywają z wszelkiego rodzaju nacjonalizmami. Polityczna dezintegracja na szczeblu krajowym pozbawiła polityków Unii Europejskiej wsparcia w zdecydowanej obronie konstytucyjnej demokracji.

 

Europejski Trybunał Sprawiedliwości i Europejski Trybunał Praw Człowieka próbują wypełnić tę lukę zdecydowanymi orzeczeniami, nie mogą jednak liczyć na wsparcie politycznych instytucji Unii. Najbardziej oczywista sprawa Polski wynikła stąd, że rząd Kaczyńskiego mógł przyjmować ustawy, rażąco naruszając podstawowe zasady demokracji.

 

Jednak z praktycznego punktu widzenia o wiele ważniejsze jest to, że Unia nie może obciąć Polsce 14 mld euro rocznie. Środki te mają duże znaczenie, bo umożliwiają Kaczyńskiemu występowanie w roli „mecenasa” i zdobywanie w dniu wyborów poparcia obywateli. PiS potrzebuje pieniędzy, by kupować poparcie wyborców. Niemcy i inne zachodnioeuropejskie mocarstwa mogłyby zdobyć w UE kwalifikowaną większość umożliwiającą przykręcenie kurka. Niestety, rządzące Zachodem słabe koalicje odmawiają.

 

Oznacza to, że o losie polskiej demokracji zadecyduje nie Unia, tylko rząd w Waszyngtonie. Rozstrzygające znaczenie będzie miał rok 2020 – sukces lub porażka sił prodemokratycznych dążących do pokonania Trumpa i jego stronników w Kongresie.

 

Jeśli Demokraci wygrają bitwę o Waszyngton, o stosunkach amerykańsko-polskich decydować będzie NATO. Przed wyborem Trumpa Polska liczyła na artykuł piąty traktatu o NATO gwarantujący obronę jej wschodniej granicy przed Rosją, co dawało USA instrument nacisku w relacjach z władzą atakującą konstytucyjną demokrację. NATO-wska gwarancja pomocy wzajemnej obowiązuje wówczas, gdy służy celom traktatu, co jednoznacznie obejmuje zobowiązanie członków NATO do ochrony „zasad demokracji, wolności jednostki i rządów prawa”.

 

Była to główna sankcja, którą USA mogły grozić każdemu rządowi kraju członkowskiego odrzucającemu zasady, na których ufundowany jest Sojusz.

 

Jednoznaczne przepisy pozwalają amerykańskim rządom tymczasowo zawiesić ich traktatowe zobowiązania przyjścia z pomocą wojskową Polsce tak długo, jak długo jej rząd odrzuca zasady demokracji, wolności i rządów prawa. Ogólnie rzecz biorąc, przed przejęciem władzy przez Trumpa wystarczyłaby sama groźba zawieszenia tego zobowiązania, by powstrzymać ataki Kaczyńskiego wymierzone w fundamentalne zasady, zważywszy na oczywiste zagrożenie polskiej granicy wschodniej ze strony Rosji.

 

Jednak wystarczyły dwa lata, by Trump odebrał sankcji tymczasowego zawieszenia wszelki sens. Zanegował bowiem zasadę, wedle której jego administracja ma jakiekolwiek wynikające z artykułu piątego zobowiązania wobec sojuszników z NATO. Widać to najwyraźniej na przykładzie Turcji, gdzie Trump nie tylko „zawiesił” obronę rządu Erdogana, lecz także wspiera zbrojnie Kurdów walczących z powstańcami na granicy syryjskiej.

 

Większość polityków w USA wrzuca Polskę i Węgry do jednego worka

 

Polska nie może już polegać na gwarancjach NATO, Trump próbował więc inaczej rozproszyć jej obawy. Nazwijmy to „stabilizacją silnej ręki”. W scenariuszu tym Trump odwołuje się do swego rosyjskiego partnera Putina, by zapewnić stabilność polskiej granicy w zamian za amerykańskie poparcie inicjatyw Rosji w innych rejonach, czemu kibicował Kaczyński.

 

Strategia ta sprawia, że Polska musi liczyć na wywiązanie się Trumpa z układu z Putinem. To bardzo niebezpieczna gra, bo Trump notorycznie nie dotrzymuje słowa danego przywódcom innych krajów. Wymaga też jego wygranej w 2020 r., jeśli bowiem Demokraci rozniosą jego ekipę, zyskując wyraźny mandat do sprawowania rządów prawa, Kaczyński nie będzie mógł już liczyć na waszyngtońskiego autokratę. Chcąc odzyskać militarne wsparcie USA, Polska będzie musiała przekonać nową administrację, że wraca na drogę poszanowania konstytucyjnej demokracji.

 

Dopóki rządzi PiS, nie będzie to możliwe. I tu dochodzimy do najważniejszego punktu. Przeciwstawiając się PiS w nadchodzących wyborach do europarlamentu, nie możecie pozwolić, by Polaków zmyliły ambicje silnego człowieka – Kaczyńskiego, który każe im wierzyć, że jego układ z Trumpem daje im jedyną realną nadzieję na obronę wschodniej granicy przed rosyjskim zagrożeniem militarnym. Powiedzcie wyborcom, że warunkiem odzyskania przez Polskę gwarancji wynikających z zobowiązań USA wobec NATO jest triumf w nadchodzących wyborach sił prodemokratycznych.

 

Nawet jeśli uda się przekonać znaczną większość do demokratycznej koalicji z udziałem lewicy, centrum i rozsądnej prawicy, nie będzie łatwo przekonać Waszyngtonu do odnowienia traktatowych gwarancji, choćby nawet Demokraci pokonali Trumpa w 2020 r.

 

Chodzi o to, że obserwując obecny kryzys w Europie Wschodniej, amerykańska opinia publiczna kojarzy jednoznacznie rządy Kaczyńskiego z Węgrami Viktora Orbána. To oczywiście duży błąd. O ile PiS popiera dziś jedna trzecia ogółu wyborców, o tyle Fidesz z Jobbikiem dysponują znaczną większością głosów. O tej zasadniczej różnicy wie ledwie parę tysięcy uniwersyteckich i rządowych specjalistów. Większość polityków, nie mówiąc już o zwykłych Amerykanach, wrzuca Polskę i Węgry do jednego worka jako głównych orędowników „nieliberalnej demokracji”.

 

Znaczy to jednak, że nawet jeśli polscy wyborcy odsuną PiS od władzy, nowy polski rząd będzie musiał podjąć natychmiastowe, widoczne działania na rzecz przywrócenia podstawowych praw, niezawisłości sędziowskiej i wolności słowa jako mocnego elementu polskiej rzeczywistości. Tylko w ten sposób nowa amerykańska administracja może zyskać szerokie społeczne poparcie dla odnowienia NATO-wskich gwarancji dla Polski, zarazem odmawiając ich nadal autorytarnym członkom Sojuszu takim jak Węgry i Turcja.

 

Mimo katastrofy, która dotknęła w ostatnich dwóch latach Amerykę i Polskę, istnieje bardzo realna szansa na demokratyczną odnowę. Istnieje też oczywiście bardzo realne ryzyko, że po reelekcji Trumpa tragedia będzie trwać. Jeśli tak się stanie, nasz kraj czekają naprawdę ponure konsekwencje, i to bez względu na wynik polskich wyborów do europarlamentu i Sejmu w nadchodzącym roku.

 

Europa nie mieści się wśród priorytetów polityki zagranicznej Trumpa. Jego dotychczasowe zachowanie dowodzi, że znacznie bardziej interesuje go zwalczanie rosnącej potęgi Chin w Azji i kontynuowanie interwencji na Bliskim Wschodzie. W przypadku reelekcji nie ma praktycznie szans na podjęcie przez Trumpa konstruktywnych działań wspierających UE w sytuacji, gdy Wielka Brytania, Niemcy i inne zachodnioeuropejskie mocarstwa zmagają się z własnym ekonomiczno-politycznym kryzysem. W tym kontekście przyszłość Polski rysuje się naprawdę ponuro.

 

Ponieważ Trump interesuje się głównie Chinami i Bliskim Wschodem, całkiem możliwe, że będzie chciał zyskać poparcie Putina dla swojej polityki w tych regionach w ramach umowy dającej Rosji wolną rękę w krajach bałtyckich. Mieliśmy przecież okazję widzieć, co spotkało Ukrainę – Putin zawładnął Krymem, bo nie było żadnych poważnych działań, które pozwoliłyby ukraińskiemu rządowi na długotrwały militarny opór.

 

Powstrzymanie Putina przed zagarnięciem krajów bałtyckich wymagałoby znacznie większego militarnego zaangażowania Ameryki niż w przypadku Krymu, zważywszy na skalę militarnej obecności Rosji w rejonie Sankt Petersburga. Biorąc pod uwagę zaś niechęć Trumpa do wspierania Ukrainy i jego brak zainteresowania Europą, szanse, że posunie się do wiarygodnych gróźb w obronie tych krajów, są bliskie zera.

 

Kiedy Putin skorzysta z okazji i zagarnie Litwę, Łotwę i Estonię, równowaga sił zmieni się wyraźnie na korzyść Moskwy i niekorzyść Brukseli, a Orbán utoruje drogę do odtworzenia rosyjskiej strefy wpływów w Europie Wschodniej. Jak w czasach zimnej wojny Polska walczyć będzie o zachowanie pozorów niezależności od militarnego suwerena.

 

Resztę możecie państwo sobie wyobrazić. Scenariusz z Trumpem i Putinem w roli głównej potwierdza moją tezę, że jedynym fundamentem bezpieczeństwa narodowego Polski może być współpraca polskich i amerykańskich obrońców konstytucyjnej demokracji. Nie pozwólcie Kaczyńskiemu udawać, że jest inaczej.

 

Pakiet „Nigdy więcej”

 

Spójrzmy na obecną sytuację z szerszej, globalnej perspektywy. O przyszłości demokracji przesądzi nie tylko sukces sił postępu w takich krajach jak Polska i Stany Zjednoczone, ale też wynik politycznych zmagań w Ameryce Łacińskiej, w rejonie Azji i Pacyfiku, a także na Bliskim Wschodzie i w Afryce. Po raz pierwszy od dwóch stuleci rysują się kontury świata, w którym we wszystkich najważniejszych regionach zamarł duch oświeceniowego konstytucjonalizmu. Oto zbiorcze przesłanie ofensywy autorytaryzmu, której przewodzą Bolsonaro w Brazylii, Modi w Indiach, Abe w Japonii, Duterte na Filipinach i Maduro w Wenezueli, by wymienić najbardziej oczywiste przykłady.

 

Los ogólnoświatowych zmagań zależy od tego, czy obrońcy konstytucyjnej demokracji unikną podzielenia się na gromadkę rywalizujących ugrupowań i utworzą wspólny, zjednoczony front przeciwko autorytarnym rywalom.

 

Taki zjednoczony ruch nie ma gwarancji sukcesu, ale podzielony niemal na pewno przegra. Znaczy to, że polskie ugrupowania opozycyjne winny dołożyć wszelkich starań, wychodząc sobie naprzeciw, by wypracować wspólny konstytucyjny program, który może zyskać szerokie poparcie. W mającej się wkrótce ukazać książce „Revolutionary Constitutions” pokusiłem się o przegląd XX-wiecznych ruchów, którym udało się obalić autorytarne reżimy, ustanawiając konstytucyjną demokrację w takich krajach jak Francja, Indie, Izrael, Włochy i RPA. Z moich badań wynika, że w przypadku polskiego ruchu prodemokratycznego odróżnić należy dwa aspekty projektu konstytucyjnego. Pierwszy to uzgodnienie listy zabezpieczeń gwarantujących, że nie dojdzie do powtórki autorytarnych działań, które zmusiły do stawienia demokratycznego oporu. Nazwijmy je pakietem „Nigdy więcej”. Drugi to próba wypracowania „wizji konstytucyjnego postępu”, Dziesięć Zasad Zdecentralizowanej Rzeczypospolitej, które mogą służyć za ramowy projekt przyszłej polskiej polityki.

 

Rozważę te wymiary kolejno, zaczynając od pakietu „Nigdy więcej”. W przypadku Polski oznacza to wprowadzenie w życie dalszych ograniczeń działań à la Kaczyński uniemożliwiających Trybunałowi Konstytucyjnemu przeciwdziałanie jawnemu atakowaniu fundamentalnych zasad demokracji. Winny one też uniemożliwić przyszłym rządom przymusowe wysyłanie sędziów na emeryturę lub podważanie niezawisłości sędziowskiej z naruszeniem rządów prawa.

 

Pakiet zawierać też musi mocne gwarancje, że demokratyczna wolność słowa nie będzie nigdy dławiona tak, jak próbował tego rząd Kaczyńskiego. Pakiet „Nigdy więcej” jest szczególnie ważny z uwagi na konieczność uzmysłowienia zachodnim sojusznikom, że w odróżnieniu od niektórych sąsiadów społeczeństwo polskie głęboko szanuje założycielskie zasady konstytucyjnej demokracji i dlatego ma prawo do NATO-wskich gwarancji.

 

Z uwagi na zagrożenia bezpieczeństwa narodowego doradzałbym też przegląd konstytucyjnych ograniczeń możliwości wprowadzenia jakiejś wersji „stanu wyjątkowego” lub zgody na wykorzystanie środków nadzwyczajnych czasowo zawieszających normalne instrumenty ochrony rządów prawa. Zabezpieczenia te, będące dziedzictwem „Solidarności” pragnącej zapobiec powtórzeniu się tragedii stanu wojennego, posłużyły za model podobny próbom zapobieżenia nadużywaniu uprawnień nadzwyczajnych – zwłaszcza we Francji, która w 2008 r. dokonała zasadniczej rewizji konstytucyjnego dziedzictwa gaullizmu. Mając na względzie zagrożenia czające się znów na wschodniej granicy, radziłbym przyjrzeć się im uważnie i zastanowić się, czy da się je wzmocnić, by zapobiec ich naruszaniu w przyszłości.

 

Doświadczenie nauczyło mnie, że sensowność „wizji konstytucyjnego postępu” zależy w dużym stopniu od historii danego społeczeństwa, rozpowszechnionych w nim ideologii i aktualnych problemów. Niezbędne jest też zrozumienie bieżącej dynamiki politycznej, o której jako outsider mam słabe pojęcie. Dlatego skoncentrowałem się na szerszych aspektach geopolitycznego położenia Polski.

 

 

A,b,c,d,e… POMÓŻ nam dokończyć Alfabet buntu!

 

 

 



Autor


- profesor prawa konstytucyjnego i nauk politycznych na Uniwersytecie Yale (Sterling Professor), autor ponad stu artykułów i kilku książek naukowych,…


Więcej

Opublikowany

29 listopada 2018





Inne głosy w debacie



Inne artykuły tego autora

08.04.2019

Ackerman: Kaczyński chce, żeby Polacy uwierzyli, że łączy go z Trumpem pewien sojusz. A Trump twardziel chce robić interesy jedynie z innymi twardzielami, np. z Putinem



Wesprzyj nas!

Archiwum Osiatyńskiego powstaje dzięki obywatelom i obywatelkom gotowym bronić państwa prawa.


10 
20 
50 
100 
200