Ackerman: Kaczyński chce, żeby Polacy uwierzyli, że łączy go z Trumpem pewien sojusz. A Trump twardziel chce robić interesy jedynie z innymi twardzielami, np. z Putinem

Udostępnij

- profesor prawa konstytucyjnego i nauk politycznych na Uniwersytecie Yale (Sterling Professor), autor ponad stu artykułów i kilku książek naukowych,…

Więcej

Jeżeli pokonacie PiS, musicie zaproponować zmiany w obecnej ustawie zasadniczej. Chodzi o to, żeby zabezpieczyć Polskę przed autorytarnymi zakusami zwycięzców każdych kolejnych wyborów



Poniższy wywiad z prof. Ackermanem przeprowadziły Anna Wójcik i Paulina Milewska. Wywiad ukazał się w Gazecie Wyborczej 6 kwietnia 2019 roku. Archiwum Osiatyńskiego dziękuje za możliwość jego przedruku.

 

Bruce Ackerman – ur. w 1943 r., profesor prawa i nauk politycznych na Uniwersytecie Yale. Autor 18 książek, które wywarły duży wpływ na filozofię polityczną, prawo konstytucyjne i polityki publiczne, m.in. historii konstytucjonalizmu „We the People”. W listopadzie 2018 r. był jednym z uczestników konferencji „Praworządność a polityka spójności. Co zyska i straci Polska na demokracji?” zorganizowanej w Warszawie przez think tank „Wyborczej” Przyszłość Jest Teraz i Archiwum Osiatyńskiego.

 


 

Paulina Milewska, Anna Wójcik: Po raz pierwszy odwiedził pan Polskę w latach 60. zeszłego wieku, w czasie podróży poślubnej. To musiał być wówczas dość nietypowy kierunek dla nowożeńców z Zachodu.

 

Bruce Ackerman: Musimy się cofnąć w czasie o wiele dalej, aby to wytłumaczyć. Pochodzę z żydowskiej rodziny, która żyła w Łodzi. Nie wiem o tej części mojej rodziny zbyt wiele, ale wygląda na to, że byli żydowskimi chłopami. Po niemiecku „Ackermann” znaczy właśnie „chłop”. Mój dziadek Simon około 1880 r. uciekł przed pogromami z Łodzi do Ameryki, gdzie otworzył mały zakład krawiecki na Lower East Side w Nowym Jorku. Zaraz po ukończeniu liceum mój ojciec Nathan zaczął pracować z dziadkiem. Nazwa zakładu została wtedy zmieniona na Simon Ackerman i Syn. Interes w rzeczywistości prowadził mój ojciec, ale dziadek był bardzo uparty. Nigdy się nie zgodził, by sklep nosił nazwę Simon i Nathan Ackerman.

 

Wyłamał się pan z rodzinnej tradycji i został pan nie krawcem, tylko profesorem prawa konstytucyjnego.

 

– Droga była długa, a profesorem zostałem niemal przez przypadek. Mieszkaliśmy z rodzicami w żydowskim getcie na Bronxie. Do mojej szkoły podstawowej uczęszczali w 90 proc. Żydzi i w 10 proc. katolicy z pobliskiego getta włoskiego. Prawie wszystkie dzieci pochodziły z rodzin imigrantów. Marzyły o dobrych zawodach, takich jak hydraulik czy nauczyciel. Nikt nie śnił o byciu prawnikiem.

Miałem jednak pewną umiejętność, która pozwoliła mi zmienić swój los. Byłem świetny w rozwiązywaniu testów. Dzięki temu dostałem się do elitarnego liceum Bronx High School of Science.

 

Moja szkoła skupiała się na kształceniu umysłów ścisłych, a głównym przedmiotem była matematyka. Już w dziesiątej klasie rozwiązywaliśmy zawiłe równania na poziomie studiów. Natknąłem się jednak na dość poważny problem – byłem najgłupszym dzieckiem w klasie!

 

Prócz mnie kłopoty z matematyką miał mój kolega Richard A. Daynard, który potem został profesorem prawa na Northeastern University. Codziennie przez telefon z Richardem godzinami próbowaliśmy rozwiązać cztery lub pięć zadań, które zadawano nam do domu. W końcu zebrałem się na odwagę i zapytałem najlepszego ucznia w klasie, ile zajmuje mu rozwiązanie tych równań. Odpowiedział: „20 minut”.

W tym momencie zrozumiałem, że matematyka jest nie dla mnie. Moja zdolność rozwiązywania testów znów mnie jednak nie zawiodła. Dostałem się na Harvard, gdzie doradzono mi studiowanie matematyki. Niestety, dyskusje na zajęciach były na tak wysokim poziomie, że nie byłem w stanie nic zrozumieć.

 

Zmieniłem kierunek i całkowicie intelektualnie oczarowały mnie wykłady z historii sztuki prowadzone przez prof. Sidney Friedberg. Po zapoznaniu się z opisem kierunków studiów podjąłem pierwszą wielką decyzję.

 

Chciał pan zostać historykiem sztuki?

 

– Niestety, okazałem się równie średnim historykiem sztuki co matematykiem. Zmieniłem plany i postanowiłem zostać filozofem polityki. Wprowadzenie do tego przedmiotu prowadziła legendarna Judith Shklar. Była łotewską Żydówką, która uciekła z Rygi, gdy wybuchła II wojna światowa. Jej ojciec kupił bilety na kolej transsyberyjską i cała rodzina wylądowała na Dalekim Wschodzie. Wprawdzie udało jej się uciec przed nazistami, ale Japończycy umieścili Shklarów w swoich obozach koncentracyjnych. Szczęśliwie wszyscy przeżyli.

 

Judith po wojnie obroniła doktorat na Harvardzie. Została moją akademicką doradczynią. Była genialna, a przy tym szalenie wymagająca. Kazała mi co tydzień pisać 30-stronicową pracę na podstawie przeczytanych 800 stron tekstów… Wciąż słyszę w głowie jej głos, gdy mówi: „Bruce, w tym tygodniu czeka cię spotkanie z Proudhonem, za tydzień weźmiesz się do Marksa!”. Przez 15 godzin dziennie czytałem i pisałem. W efekcie do tej pory bardzo dobrze znam prace klasyków filozofii politycznej.

Po intensywnym roku ze Shklar moim tutorem został legendarny filozof prawa John Rawls, który właśnie zaczął wykładać na Harvardzie. Był bardzo miły, pomagał studentom. Najlepiej opisze go pewna anegdota. Ponieważ Rawls strasznie się jąkał, czasami trudno było zrozumieć jego wykłady. Pewnego razu po zajęciach chciałem zadać mu pytanie, ale ze swoimi pytaniami ubiegli mnie inni studenci i kolejka do Rawlsa była zbyt długa. Poszedłem do domu.

 

Tego samego wieczoru Rawls zadzwonił do mnie i jąkając się, zapytał: „Bruce, czy ty czasem nie miałeś do mnie pytania?”. Aby wypowiedzieć te kilka słów, biedny Rawls potrzebował pięciu minut. Nie było potrzeby, żeby do mnie dzwonił, ale widział, że czegoś nie zrozumiałem, i chciał mi natychmiast pomóc. Ilu znacie niejąkających się profesorów, którzy zrobiliby coś takiego?

 

Potem przyszedł czas na wybór między studiami prawniczymi – Harvard czy Yale. Harvard był o wiele sławniejszym uniwersytetem. Moi rodzice nigdy nawet nie słyszeli o Yale. Jednak Harvard był dla mnie zbyt skostniałym miejscem. Na Yale można było spotkać wszystkich – od Ronalda Dworkina, przez Guida Calabresiego, po Roberta Borka. To był intelektualny raj. Po tym, jak miotałem się między matematyką, historią sztuki a filozofią polityczną, Yale zainspirowało mnie do połączenia tych wszystkich dziedzin i szukania na ich styku odpowiedzi na problemy prawne.

 

Prawo było tak naprawdę pana trzecim wyborem.

 

– Yale to także miejsce, gdzie poznałem moją żonę Susan Rose-Ackerman. Susan jest jedną z czołowych badaczek problemu korupcji w polityce. Kiedy dostałem się na Yale, Susan zaczynała swój doktorat na wydziale ekonomii i stwierdziła, że inni doktoranci są zbyt nudni. Chciała poznać nowe osoby, dlatego zaczęła jadać lunche w stołówce wydziału prawa.

 

Podobała się wielu moim kolegom, ale moją zaletą było to, że nie bałem się bardzo inteligentnych kobiet. Nie byłem przystojniakiem, ale jak najdalszy był mi pogląd, że „kobiety powinny znać swoje miejsce”. Zamiast tego zależało mi na stworzeniu relacji opartej na rozmowach, które będą mogły wzbogacić moje rozumienie świata.

 

Zaraz po studiach każde z nas dostało prestiżową pracę w Waszyngtonie. Postawiło nas to przed ważną decyzją. Czy powinniśmy pracować dla technokratów? Czy może lepiej wrócić na uniwersytet i zająć się pytaniami, które przyniosły ze sobą wojna w Wietnamie i wojna, którą wydały ubóstwu amerykańskie władze?

 

Zdecydowaliśmy się na uniwersytet. Ponieważ jesteśmy dość staromodni i nigdy nie chcieliśmy pracować w odległych od siebie miejscach, na początku musieliśmy się sporo przeprowadzać. W końcu w 1987 r. udało nam się obojgu dostać profesury na Yale. Ja miałem nawet więcej szczęścia niż Susan, bo zostałem mianowany profesorem zwyczajnym już w wieku 29 lat. Dało mi to bardzo dużą wolność. Mogłem sam decydować o kierunku swoich badań. Zająłem się pracą nad oparciem polityki mieszkaniowej i ochrony środowiska na twardych podstawach analitycznych. Jak widać, moje umiejętności trzecioligowego matematyka na coś się przydały. (śmiech)

 

Jednak moje zainteresowania coraz bardziej wędrowały w stronę filozofii. Moim celem stało się stworzenie trzeciej drogi pomiędzy marksistowskim socjalizmem a leseferyzmem w duchu Hayeka. Ta trzecia droga gwarantowałaby aktywną demokrację liberalną, która szanuje wolności swoich obywateli, ale programowo ingeruje w gospodarkę, aby zapewnić socjalne bezpieczeństwo wszystkim obywatelom. Wynikiem tych rozważań jest wydana w 1980 r. książka „Social Justice in the Liberal State” (Sprawiedliwość społeczna w państwie liberalnym).

 

Filozofia wydała mi się jednak obroną idei w ramach niekończącej się dyskusji. Zająłem się więc analizą konkretnych problemów konstytucyjnych. Moja trylogia ‚We the People’ (My, naród) opisuje punkty zwrotne w historii amerykańskiego konstytucjonalizmu od czasów przyjęcia konstytucji aż po dziś.

 

W tej chwili przygotowuję nową serię pod tytułem „The Rise of World Constitutionalism” (Rozkwit światowego konstytucjonalizmu). W tej książce poruszam m.in. kwestię porażki, jaką dla oświeceniowej tradycji amerykańskiego konstytucjonalizmu jest prezydentura Donalda Trumpa. Ważne, żeby pamiętać, że jego wygrana w 2016 r. nie była dziełem przypadku. W książce „The Decline and Fall of the American Republic” („Schyłek i upadek republiki amerykańskiej”) pokazuję, w jaki sposób seria wcześniejszych zmian instytucjonalnych utorowała drogę dla Trumpowskich nadużyć władzy prezydenckiej. Zmiana prezydenta w 2020 r. to zbyt mało. Demokraci będą musieli wprowadzić wiele fundamentalnych reform, aby ochronić praworządność.

 

Pana dzieci również postanowiły się angażować.

 

– Amy Chua, moja przyjaciółka z Yale, napisała słynną książkę o wychowywaniu dzieci „Bojowa pieśń tygrysicy”. My z Susan wszystko robiliśmy odwrotnie, niż sugerowała Amy. Nigdy nie mówiliśmy naszym dzieciom, Sybil i Johnowi, jak mają żyć. Wspieraliśmy je w tym, aby same szukały właściwych dla siebie dróg i podejmowały własne decyzje. Oboje skończyli świetne uczelnie i każde z nich mieszka dziś 3 tys. mil od nas. (śmiech)

 

Moja córka Sybil jest czołową ekolożką na Zachodnim Wybrzeżu. Była pierwszą ekolożką, która znalazła się w radzie lasów stanu Oregon. W obronie lasów walczyła z wielkimi firmami, które chciały doprowadzić do wycinek, nie patrząc na koszt dla środowiska. Teraz pomaga w zdobywaniu środków na inicjatywy obywatelskie na poziomach: lokalnym, regionalnym i narodowym.

 

Mój syn John 20 lat temu wyprowadził się do Meksyku, przyjął tamtejsze obywatelstwo, a dziś wykłada na wydziale prawa na Narodowym Uniwersytecie Meksyku. Jest jednym z najważniejszych myślicieli ruchu demokratycznego – tego samego ruchu, który niedawno wyniósł do władzy obecnego prezydenta Andrésa Manuela Lópeza Obradora. Żoną mojego syna jest Irma Sandoval-Ballesteros, która odgrywa kluczową rolę w nowej administracji. Irma została ministrą administracji publicznej, a jej zadaniem jest wypracowanie struktur, które będą w stanie wyeliminować obecną wśród biurokracji korupcję – to ona doprowadziła do spadku zaufania do rządu. Moja synowa jest również odpowiedzialna za stworzenie programów redystrybucji dóbr dla najuboższych.

 

Wraz z Susan jesteśmy bardzo dumni z sukcesów naszych dzieci. Daliśmy im bezwarunkowe wsparcie, a one same wybrały pracę w służbie publicznej.

 

Dlaczego pół wieku temu wraz z Susan odwiedziliście komunistyczną Polskę?

 

– Oboje widzieliśmy już wszystkie ważne stolice Europy, więc zdecydowaliśmy się zrobić coś wyjątkowego. Postanowiliśmy zwiedzić wszystkie dyktatury Europy. Zaczęliśmy od Portugalii Salazara. Potem trafiliśmy najpierw do Turcji, a następnie do Grecji. Susan wysłała rodzinie i przyjaciołom podziękowania za prezenty ślubne właśnie z Krety. Pisała, że „głupi rząd grecki zmusza wszystkich do kupowania flag i wywieszania ich za oknem”. Grecka cenzura z każdej pocztówki wymazała słowo „głupi”.

 

Po odwiedzeniu dyktatur wojskowych trafiliśmy do komunistycznej Jugosławii, a stamtąd do Polski, najpierw do Krakowa. Nasz pociąg dojechał na miejsce bardzo późno, a my nie mieliśmy zarezerwowanego hotelu. Przewodnik przekonywał nas, że hotele w Krakowie w razie braku wolnych pokoi mają obowiązek przekierować nas do innego hotelu.

 

Około północy weszliśmy do pierwszego napotkanego hotelu, w którym oczywiście nie było wolnych miejsc. Wierząc w literę prawa i w słowa naszego przewodnika, upomniałem recepcjonistę o jego obowiązkach. Ku naszemu zdumieniu zwyczajnie nas wyśmiał. Byliśmy z Susan przerażeni. Gdzie teraz będziemy spać? Znaleźliśmy się na ulicy.

 

Nagle podszedł do nas ubrany na czarno mężczyzna, który szeptał: „Zimmer, Zimmer!”. Zaoferował nam pokój w swoim mieszkaniu. Niestety, nie powiedział nam wcześniej, że będzie spał w nim razem z nami, w trakcie naszego miesiąca miodowego… Spróbowałem się z nim dogadać po niemiecku. Nasz gospodarz spojrzał na mnie i spytał, czy jestem Niemcem. Powiedziałem: „Nie, jestem ze Stanów Zjednoczonych”. Spojrzał na mnie wielkimi oczami i wykrzyknął: „Ameryka? Wall Street! Witamy w Polsce!”.

 

Wizyta w waszym kraju była dla mnie czymś szczególnym. Dorastałem na wschodnioeuropejskiej kuchni, jedząc pierogi mojej mamy. Przepis przywiozła ze sobą do Stanów jako 11-latka. Z Polski pojechaliśmy do Berlina wschodniego, gdzie przekroczyliśmy mur berliński. Wizualna różnica między wschodnim i zachodnim Berlinem była szokująca.

 

Wciąż interesuje się pan Polską, a zwłaszcza naszym konstytucjonalizmem. Dlaczego?

 

– Chciałem wyjść poza zimnowojenną narrację o „prawdziwych” rewolucjonistach, którymi mieli być Lenin i Mao. W ramach tej narracji nic innego nie jest naprawdę rewolucyjne. Oczywiście rewolucja może się skończyć dyktaturą. W swoich badaniach chciałem pokazać, że wiele XX-wiecznych osiągnięć konstytucjonalizmu zawdzięczamy mobilizacji oddolnych ruchów rewolucyjnych, które chciały obalić łamiące prawo reżimy.

 

Pracować nad tym projektem zacząłem w latach 90., podczas pobytu na stypendium badawczym w Wissenschaftskolleg w Berlinie. Napisałem wtedy książkę „Przyszłość rewolucji liberalnej”. Obserwowałem wówczas tworzenie nowej polskiej konstytucji, do której powstania doprowadził przecież pośrednio ruch społeczny „Solidarność”. Z kolei Konstytucja 3 maja była dla Polaków symbolem tożsamości narodowej w czasie zaborów, kiedy polską tożsamość podtrzymywano przez kulturę, której częścią był patriotyzm konstytucyjny.

 

W ostatnich dekadach zostałem kronikarzem wielkich konstytucyjnych rewolucji XX wieku. Zacząłem od Indii – kraju, który nie miał żadnych rozpoznawanych przez współczesne nauki polityczne „warunków brzegowych demokracji”. Kiedy w 1950 r. weszła tam w życie konstytucja, jedynie 6 proc. Hindusów umiało czytać i pisać. W Indiach mówiono ponad setką różnych języków, system kastowy miał się świetnie, podobnie zresztą jak podziały religijne.

 

Mimo tych wszystkich problemów Indie były w stanie stworzyć trwałą demokrację konstytucyjną. Oczywiście nie działała ona idealnie, zmagała się z niejednym kryzysem, ale przetrwała niemal 70 lat. Wszystko dzięki temu, że podobnie do „Solidarności” Indyjski Kongres Narodowy był dobrze zorganizowanym ruchem społecznym, który obrał sobie za cel przyjęcie konstytucji. I stworzona przez premiera Nehru i Bhimrao Ambedkara ustawa zasadnicza wciąż stanowi podwalinę indyjskiej tożsamości politycznej.

 

RPA jest innym ważnym przykładem. Narodowy Kongres Afrykański przez lata był zdominowany przez komunistów, dlatego aż do 1985 r. nie uznawali go Ronald Reagan i Margaret Thatcher. Natomiast Nelsonowi Mandeli udało się zorganizować powszechny ruch, do którego dołączyli też postępowi biali. A to wszystko w ramach poparcia dla przełomu konstytucyjnego 1995 r.

 

Podobnie stało się po II wojnie światowej w Europie, kiedy komuniści, socjaliści i chrześcijańscy demokraci, którzy przystąpili do ruchu oporu przeciwko Mussoliniemu i Hitlerowi, zjednoczyli się we Francji i Włoszech, gdzie przyjęto nowe konstytucje. Potem konkurowali ze sobą w ramach demokratycznego systemu akceptowanego przez wszystkie te ugrupowania.

 

Te przykłady analizuję w swojej nowej książce „Wissenschaftskolleg ” (Rewolucyjne konstytucje). Twierdzę w niej, że często popełnianym błędem w rozumowaniu jest przeświadczenie, że kraje podzielają tradycję konstytucyjną jedynie dlatego, że są położone blisko siebie. Ten błąd zwykle prowadzi do myślenia w kategoriach „europejskości”, „azjatyckości” czy „amerykańskości” konstytucjonalizmu.

 

Żeby zrozumieć tradycję, z której wywodzi się dana konstytucja, powinniśmy zadać inne pytanie: czy została przyjęta w wyniku społecznej rewolucji, czy nadała ją elita? W tej mierze doświadczenie Polski jest zupełnie inne od doświadczenia graniczących z nią Niemiec. Po II wojnie Niemcom w Niemczech zachodnich konstytucję wręczyli alianci. W Hiszpanii po dyktaturze Franco demokratyczną konstytucję również wprowadziła elita. Specyficznym przypadkiem jest Wielka Brytania, której konstytucja, aż do czasu tragedii, jaką jest brexit, była tworzona w ramach specyficznej odmiany elitaryzmu – rządzący włączyli w swoje szeregi co bardziej umiarkowanych liderów ruchów rewolucyjnych, pozbawiając radykałów poparcia społecznego koniecznego do obalenia i zmiany systemu.

 

Czy zróżnicowane modele konstytucyjne w Europie są jednym z powodów nieporozumień w Unii Europejskiej?

 

– Na Unię Europejską wpływają tradycje konstytucyjnych państw członkowskich. Niemcy przekonywali do zjednoczenia Europy przez wspólną walutę, bo mieli pozytywne doświadczenia z niemiecką marką. Francuzi chcieli rozwiązać problem legitymizacji Wspólnoty Europejskiej za pomocą referendów – tę ścieżkę proponowali w konstytucji dla Europy pod przewodnictwem Giscarda d’Estainga, jednak gdy głosami Francuzów i Holendrów odrzucono ten pomysł, europejscy przywódcy nie wykonali wysiłku, żeby przeformułować go w taki sposób, by uzyskać poparcie obywateli. Zamiast tego przyjęto traktat lizboński – twór elit. Zabrakło wysiłku, żeby wyjaśnić wyborcom, dlaczego warto go poprzeć. W rezultacie przeciętny obywatel nie rozumie skomplikowanego systemu i procedur, które wprowadził traktat.

 

Gdyby europejska konstytucja została przyjęta przez obywateli Europy w cyklu referendów, dziś widzielibyśmy bardziej zdecydowaną odpowiedź na próby niszczenia podstawowych wartości Unii Europejskiej, np. przez Orbána i Kaczyńskiego

 

Zagraniczne media często wkładają Polskę i Węgry do jednego koszyka.

 

– To problem nie tylko prasy zagranicznej, ale również krajowej. Kaczyński chce, żeby Polacy uwierzyli, że łączy go z Trumpem pewien sojusz. Trump z kolei myśli o sobie jako o twardzielu, który chce robić interesy jedynie z innymi twardzielami, np. z Putinem. Kaczyńskiemu zależy, żeby Trump uznał go za partnera i bronił wschodnich granic Polski, rozmawiając z Putinem.

 

Jednak jest w tym rozumowaniu zasadniczy błąd. Jestem przekonany, że Trump przegra wybory prezydenckie w 2020 r. Nowa administracja stanie przed zadaniem wypracowania innej polityki wobec Europy. Rząd będzie musiał określić, jak rozumie swoje obowiązki wynikające z artykułu 5 traktatu waszyngtońskiego, który nakłada obowiązek obrony sojuszników z NATO. Ale czy nowa administracja będzie chciała bronić np. Turcji, skoro ta nie przestrzega podstawowych konstytucyjnych wartości? Nie sądzę. Stany Zjednoczone warunkowo zawieszą wykonywanie artykułu 5.

 

Podobnie jest z Węgrami Orbána. I z Polską Kaczyńskiego. Amerykańscy politycy i ich wyborcy myślą, że sytuacja w Polsce i na Węgrzech jest taka sama. Oba kraje to „nieliberalne demokracje”. Amerykańscy eksperci, których w całym kraju jest może z 10 tys., oczywiście rozumieją, że między Polską a Węgrami istnieją ogromne różnice. Niektórzy spośród tych ekspertów popierają „nieliberalny zwrot” i uważają, że to, co się dzieje w obu tych krajach, to wzór do naśladowania.

 

Po zakończeniu kadencji Trumpa nowa amerykańska administracja będzie miała wiele ważnych problemów do rozwiązania. Eksperci od spraw Polski mogą nie mieć wystarczającej siły przebicia, żeby wpłynąć na decyzje rządzących, dlatego ważnym wyzwaniem dla rządzących w Polsce jest pokazanie Amerykanom, że między Polską a Węgrami istnieje zasadnicza różnica. Moim zdaniem polscy wyborcy muszą też zrozumieć, że wschodnia granica Polski będzie bezpieczna po 2020 r. tylko wtedy, jeśli w 2019 r. PiS przegra wybory.

 

Załóżmy, że obecnie rządząca partia je przegrywa, a do władzy dochodzi opozycja. Co dalej?

 

– W ramach ruchu społecznego obywatele powinni zaproponować zmiany w obecnej konstytucji, aby zabezpieczyć Polskę przed autorytarnymi zakusami zwycięzców każdych kolejnych wyborów. Sugeruję, żeby zaproponowane poprawki poddać pod głosowanie w ogólnokrajowym referendum. Jeśli zostaną zaakceptowane, wchodzą w życie – ale tylko jako poprawki.

 

Po czterech latach zostaje przeprowadzone kolejne referendum, w którym obywatele znowu się na ich temat wypowiadają. Jeśli poprą je powtórnie, zmiana konstytucji jest trwała. Jeśli zaś w tym drugim referendum opowiedzą się przeciwko poprawkom, to i tak będą one obowiązywać jeszcze przez cztery lata. W tym czasie specjalnie wybrana konstytuanta powinna opracować kolejny projekt zmian konstytucji. I ten projekt musiałby zostać zaakceptowany lub odrzucony przez suwerena. Podwójna procedura referendalna funkcjonuje m.in. w Szwajcarii. Uważam, że podobny system powinien zostać wprowadzony w USA.

 

Jakkolwiek polska konstytucja będzie wyglądać w przyszłości, muszą się w niej znaleźć mechanizmy, które będą bronić przed nadużyciami władzy. Trzeba też wprowadzić do niej przepisy gwarantujące system wsparcia dla wolnych mediów i umieścić jasne zapisy regulujące wybór członków Sądu Najwyższego. Powinniście także przemyśleć przepisy o wprowadzaniu stanu wyjątkowego, bo mogą być one łatwo nadużywane w obliczu zagrożenia. A Putin i jego następcy nadal będą się mieszać w sprawy sąsiadów Polski. Zagrożenie ze strony Rosji to potencjalnie podatny grunt dla dyktatury.

 

Moim zdaniem powinniście przepisać konstytucję dla kolejnych pokoleń, żeby zabezpieczyć demokrację przed autorytaryzmem i aby spełnić rewolucyjną obietnicę waszego ruchu społecznego, jakim była „Solidarność”.



Autor


- profesor prawa konstytucyjnego i nauk politycznych na Uniwersytecie Yale (Sterling Professor), autor ponad stu artykułów i kilku książek naukowych,…


Więcej

Opublikowany

8 kwietnia 2019





Inne głosy w debacie



Inne artykuły tego autora

29.11.2018

Współpraca polskich i amerykańskich obrońców konstytucyjnej demokracji to fundament bezpieczeństwa narodowego Polski



Wesprzyj nas!

Archiwum Osiatyńskiego powstaje dzięki obywatelom i obywatelkom gotowym bronić państwa prawa.


10 
20 
50 
100 
200