Sądy osaczone

Udostępnij

prof. dr hab., prawnik, sędzia, wiceminister sprawiedliwości (1989–1990), pierwszy prezes Sądu Najwyższego i przewodniczący Trybunału Stanu (1990–1998). Kawaler Orderu Orła…

Więcej

Liczę, że polscy sędziowie znajdą w sobie tyle odwagi, ile wielu ich starszych kolegów - choć niestety tylko część - zdobyła się na to, by działać zgodnie z sumieniem



Wykład z cyklu „Ośmiu wykładów na nowe tysiąclecie” wygłoszony na Uniwersytecie Warszawskim 21 listopada 2017 roku.

 

Pozwalam sobie wrócić – przy tym temacie dość drastycznie przeze mnie tutaj przedstawionym „Sądy osaczone” – do historii. I to własnej historii.

 

 

***

 

Ja do sądu przyszedłem w 1956 r. na aplikację po odbyciu trzyletniego okresu obowiązkowej pracy. Pracy pasjonującej” w ZUS-ie, bo taki dostałem nakaz pracy po zakończeniu studiów II stopnia z zakresu prawa międzynarodowego publicznego.

 

Znalazłem się na aplikacji – tu długo można byłoby opowiadać – ja i moi koledzy, a przyszła cała fala osób z pełnym wykształceniem po egzaminach na normalnych uczelniach, nie na żadnych kursach kilkumiesięcznych. Pochodzących z różnych bardzo środowisk.

 

Ta selekcja środowiskowa była słaba, bardzo potrzebowano do wymiaru sprawiedliwości – który już się skompromitował – nowych pracowników. I już ta selekcja nie była tak upolityczniona, jak była przed laty. A wobec tego, że następnie w latach 1980-81 „Solidarność” sądowa była bardzo licznie reprezentowana, około tysiąca sędziów i asesorów. Wszyscy mieliśmy podobne doświadczenia i opracowaliśmy zasady prawdziwie niezawisłego sądownictwa w tej Polsce, która wierzyliśmy, że się narodzi.

 

Wielka rewolucja w sądownictwie: ustawa z 20 grudnia 1989 roku

 

Opracowanie na ten temat wyciągnąłem spod szafy w czasie rozmów Okrągłego Stołu. Stały się one podstawą ustaleń przy Okrągłym Stole, a następnie ustawy z 20 grudnia 1989 roku, która była prawdziwą, wielką rewolucją w polskim sądownictwie.

 

I ta ustawa wychodziła z takich doświadczeń – władza polityczna ma wpływ na sądy przez: dobór sędziów, sposób ich awansowania,  absolutną możliwość manewrowania prezesami i administracyjną sądową.

 

To znaczy prezes powoływany na czas nieoznaczony – bardzo często o bardzo krótkim stażu zawodowym, ale za to świetnie ustawiony politycznie – wiedział, że chociaż spraw w tym okresie po 56 r. o charakterze politycznym, było niewiele to on się nie wykręci z obowiązku znalezienia odpowiedniego sędziego, któremu nawet nie będzie trzeba tłumaczyć jaki ma zapaść wyrok.

 

Czyli brak jakiegokolwiek powiązania prezesa sądu z jego środowiskiem, z którym musiałby się liczyć, od którego by zależały dalsze jego losy powoduje, że sędzia powołany na stanowisko prezesa jest wyobcowany z tego środowiska. I absolutnie uzależniony od władz politycznych i ministra sprawiedliwości.

 

Myśmy przeciwko temu chcieli działać poprzez powołanie Krajowej Rady Sądownictwa, która ma decydować o tym, kto zostanie przyjęty do zawodu sędziego, kto będzie awansował. I przez nadanie uprawnień zgromadzeniom ogólnym, bardzo licznym, tak samo, jak kolegiom przy prezesie. Ale najważniejsze uprawnienie zgromadzenia to to, że w zgromadzeniu typuje się kandydata na sędziego, czy na sędziego awansującego, a przede wszystkim – że zgromadzenie ogólne przedstawia ministrowi sprawiedliwości dwóch kandydatów do wybrania. I minister wybiera spośród nich tego, który będzie mu najbardziej odpowiadał.

 

Czyli środowisko sędziowskie wysuwa kandydata, i zatem ten kandydat czuje się przede wszystkim z nim związany, a nie z ministrem.

 

Oczywiście kadencja, problemy związane z bardzo szczelnym czuwaniem nad przyczynami odwołania, bo takie przypadki mogą się zdarzyć.

 

Pomysł z 2015 roku

I teraz jest pewien pomysł. Pomysł z 2015 r. Ja tego pomysłu nie przeczytałem. Ja ten pomysł odtworzyłem na podstawie projektów ustaw i szczątkowych informacji, które do mnie dotarły.

 

Otóż pomysł był taki: przejmuje się prokuraturę przez ministra sprawiedliwości, jako prokuratora generalnego. Reorganizuje się ją, co jest świetną okazją do pozbycia się, czy przekazania z najwyższego nawet szczebla na szczebel najniższy prokuratury, tworzy się zamiast prokuratur apelacyjnych prokuratury regionalne.

 

Następnie niszczy się Trybunał Konstytucyjny, to zresztą jest trochę wcześniej, bo on mógłby domagać się zgodności ustaw z konstytucją.

 

Przed reformą generalną sądownictwa przejmuje się Sąd Najwyższy. Przejmuje się, bo on jest niezwykle istotnym elementem w tej opracowanej z góry układance.

 

Mianowicie przeprowadzi się następnie generalną reformę sądownictwa. Sądy apelacyjne zamieni się w sądy regionalne, tak jak się to stało z prokuraturą. Być może zniesie się, albo sądy okręgowe, albo sądy rejonowe, z tym, że raczej sądy rejonowe. A przynajmniej stworzy się bardzo duże jednostki organizacyjne, by mieć również taki instrument, jak przekazanie sędziego z jednej placówki w ramach danego sądu do drugiego. Powiedzmy mamy duży sąd w Warszawie i obejmujący miejscowości podwarszawskie, i można z Otwocka kogoś delegować do Wołomina, niech kolega pojeździ, czy odwrotnie.

 

Niemniej najważniejsze, że jest to prawdziwie zgodną z konstytucją okazją do ewentualnego przeniesienia sędziów w stan spoczynku, gdy oni nie będą mogli być dopasowani do żadnego sądu w tym okręgu, a to uzasadnić nie jest bardzo trudno.

 

Ale najważniejsze to jest upoważnienie, przynajmniej niektórych sądów regionalnych, do prowadzenia spraw, które się tu nazywa kasacją rozproszoną. To znaczy trzecia instancja – gdyby były dwie instancje wcześniej – w każdym razie ta instancja ostateczna, rozpoznaje sprawy tylko z pewnego terenu. Sąd regionalny w Krakowie z Małopolski, sąd regionalny w Lublinie z tamtych terenów, itd.

 

A do czego służy Sąd Najwyższy? SN służy do rozpoznania tych spraw kasacyjnych, które się sądom regionalnym nie udały. Nie udały się. Czyli jest taka superinstancja kasacyjna, ona nie musi być liczna, ale ona jest politycznie decydująca. Bo do tej instancji będzie zaskarżać sprawy, te z wyrokami nieudanymi, prokuratura albo jakieś nieliczne jeszcze podmioty.

 

Stąd w pierwszym projekcie Sądu Najwyższego – który został uchwalony i oddany panu prezydentowi do podpisu, a dotyczył Sądu Najwyższego – przewidywano w Sądzie Najwyższym jeśli chodzi o izby dotychczasowe tylko dwie, z 32 sędziami, bo przecież nie potrzeba więcej do tych superkasacji. Równocześnie powołuje się jednak taką izbę, która będzie rozpoznawać sprawy najważniejsze politycznie, tzn. sprawy, które dotyczą prawidłowości przeprowadzenia wyborów, czy innych aktów tego rodzaju, różnych referendów, itd.

 

Wprowadza się równocześnie jeszcze inną izbę, izbę dyscyplinarną. Ja o jej składzie, o jej pomysłach, no niesłychanych: sędzia SN mógł odpowiadać dyscyplinarnie przed pojedynczym sędzią w izbie dyscyplinarnej w pierwszej instancji, przed trzema sędziami w trybie odwoławczym.

 

To nie wymaga komentarza, szczególnie, że było jasne, że właśnie do tej izby, która będzie się zajmować wyborami – takiej izby spraw publicznych i do tej izby dyscyplinarnej będzie się powoływać zupełnie nowych sędziów. Zakładano, że sędzią SN może być również sędzia rejonowy po pięcioletniej pracy zawodowej.

 

I teraz, w tej sytuacji, w której rzeczywiście Krajowa Rada Sądownictwa została tak ukształtowana w nowej ustawie, że ma charakter wyłącznie polityczny, bo składa się z polityków, czterech posłów lub senatorów, przedstawiciela prezydenta, ministra sprawiedliwości i 15 sędziów wybranych przez Sejm . A więc z samych właściwie osób, które tam się znalazły z dyspozycji politycznej. I ona ma dobierać właśnie do tych dwóch izb – to najważniejsze. A prokurator generalny będzie decydował, kto tam z tych dotychczasowych sędziów SN, no w ramach tych 32 , czyli mniej więcej trzeciej części, pozostanie w SN i będzie rozpoznawał sprawy karne i cywilne.

 

Weto prezydenta, co do tych ustaw, które dotyczyły SN i KRS ten program zahamowało i częściowo zdekonstruowało. Dlaczego?

 

Dlatego, że po pierwsze – prezydent w swoim projekcie jedynie ogranicza się do obniżenia wieku orzekania w Sądzie Najwyższym do 65 lat. Czyli nie przenosi w stan spoczynku wszystkich sędziów SN – jak to było pierwotnie założone – tylko około 40 proc.

 

Po drugie tych mniej więcej około 60 sędziów, którzy zostaną to ich jest za dużo, gdyby mieli rozpatrywać tylko te superewizje, superkasacje.

 

Po trzecie, KRS, jeżeli chodzi o zespół 15 sędziów, którzy według projektu i Solidarności w Sądach”, i tej ustawy z 89 r., mieli stanowić przewagę nad politykami, ale przez polityków byli w tym sensie kontrolowani, że politycy, posłowie, senatorowie biorą udział we wszystkich posiedzeniach na każdym szczeblu działalności KRS. A zatem ci sędziowie są pod kontrolą. To nie jest tak, że jakaś sekta, jakaś grupa szczególna działa zupełnie przez nikogo niekontrolowana. Tam są przedstawiciele i władzy ustawodawczej, posłowie i senatorowi i władzy wykonawczej, bo minister sprawiedliwości i przedstawiciel prezydenta.

 

Ale pan prezydent wetując tę ustawę zażądał, żeby jednak kwalifikowaną większością 3/5 wybierano tych sędziów i żeby zatem opozycja też mogła sobie kilku sędziów wybrać, jeżeli się dobrze zorganizuje.

 

Trzecia ustawa nie została zawetowana.

 

Czy sądy są osaczone?

Teraz przejdźmy do głównego tematu, czy sądy są osaczone?

 

Według ustawy zmieniającej ustrój sądów powszechnych, minister powołuje prezesów wszystkich sądów i wiceprezesów, nie licząc się ze środowiskiem. Nawet jego opinii nie zasięga. Przedtem, kiedy już nastąpiły niekorzystne zmiany, jeżeli zgromadzenie ogólne zawetowało przedstawionego przez ministra kandydata na prezesa sądu, to ostatecznie w ciągu miesiąca decydowała Krajowa Rada Sądownictwa, czy ten opór środowiska jest uzasadniony.

 

Tu nie ma niczego takiego. Tu będzie się opinii KRS domagać, jedynie w sytuacji, w której się przed upływem kadencji będzie odwoływać prezesa. To będzie tylko opinia. Czyli minister sprawiedliwości powołuje prezesów, swobodnie ich odwołuje. Ci prezesi powołują, bez udziału żadnego ciała kolegialnego, przewodniczących wydziałów, wizytatorów, wszystkie najważniejsze stanowiska, czyli właściwie sędzia szeregowy ma nad sobą prezesa wybranego przez polityka – ministra sprawiedliwości. Ma przewodniczącego, który ten odpowiednio dobrany prezes dobiera sobie według kryteriów sobie jedynie znanych.

 

To jest powrót do sytuacji, w której można oczekiwać – ja nie mówię, że tak będzie – ale można oczekiwać, że w sytuacjach wybitnie politycznych prezes będzie musiał się tak zachować, jak się musiał zachować prezes przed 1989 r.

 

No, ale kwestia doboru sędziów. W projekcie KRS prezydenta będzie tylko, jak wspomniałem, skład sędziowski, wybierany w założeniu nie wyłącznie przez większość parlamentarną. Tam różne były projekty później, co do tego, co się stanie, jak się tych 3/5 nie uzyska. Miał też podobno Senat decydować, jedna z wersji – no, to by znowu było pełne upolitycznienie. Ale przynajmniej Krajowej Rady nie dzieli się na dwie izby, jak to było w pierwszym projekcie, no i asesorów powołuje jednak prezydent na wniosek KRS.

 

Według ostatniej praktyki, którą państwo pewnie mieli okazję poznać, pan minister sprawiedliwości, który ma pełne władztwo nad krajową szkołą kształcenia sędziów i prokuratorów – w zakresie doboru dyrektorów, rady programowej, komisji egzaminacyjnej, itd., otrzymuje dużą pulę – ostatnio to było dwieście-kilkadziesiąt osób – i ją powołuje. Minister mianuje asesorami, a KRS ma tylko do tego przybić stempel. Prezydent jest wyłączony.

 

Według projektu prezydenta jest jednak tu inaczej. I następnie wszystkie dalsze nominacje mają przebiegać w tej Krajowej Radzie Sądownictwa wprawdzie kolegialnej, ale właściwie niewiele się różniącej od tego układu, który był przed 1989 r. Bo wtedy też minister sam nie powoływał, zasięgał opinii nomenklatury na odpowiednim szczeblu. Mógł się konsultować z I sekretarzem w sądzie, czy ewentualnie jeszcze z inną osobą.

 

Różnica pomiędzy taką KRS, a tym, co było dawniej, no jest jakaś, ale taka, że w gruncie rzeczy w dyspozycji ministra są: nominacje, awanse, powoływania na wszystkie stanowiska w administracji sądowej. Sędziowie nie znaleźli się w dużo lepszej sytuacji, niż ja byłem w okresie lat 1956-81, kiedy Rada Państwa odwołała mnie ze stanowiska sędziego sądu wojewódzkiego.

 

Ta sytuacja, która jest anormalna, która jest sprzeczna z Konstytucją w wielu punktach, która powoduje, że będzie można Sąd Najwyższy uzupełnić – jeżeli pozostaną jego dotychczasowe funkcje – w sposób wyraźnie polityczny.

 

Jeżeli powstanie, jak projektuje pan minister, specjalna izba nadzwyczajnych środków odwoławczych, która będzie rozpoznawać dwóch sędziów i ławnik, które jeżeli będą dotyczyć orzeczeń, w których wypowiadał się SN, to będzie aż trzech sędziów i dwóch ławników. A wszyscy ławnicy będą powoływani przez Sejm, a wszyscy ławnicy będą powoływani spośród kandydatów zgłaszanych przez różne organizacje – pewnie polityczne, bo tych kandydatów musi zgłaszać wielka liczba osób. Tak jak sędziów do KRS – według projektu prezydenta – ma zgłosić dwa tysiące obywateli lub 25 sędziów i to w ciągu miesiąca. Bez organizacji bardzo sprawnej, na konkretnego – na ogół nieznanego człowieka -zebrać 2 tys. podpisów to nie będzie łatwe.

 

Uważam, że w wielkiej mierze, nawet w tych bardzo korzystnych wobec skandalicznych poprzednich projektów zmian, które nastąpiły na skutek weta prezydenckiego, sądy, sędziowie w Polsce znajdą się w sytuacji, w której będzie się od nich wymagać szczególnej odwagi, szczególnej odporności na naciski. Będzie się od nich oczekiwać postawy, która pominie: moją karierę osobistą, moją sytuację, nawet moją wygodę życiową, bo jeżeli będę przeniesiony do jakiegoś odległego sądu, to i ten element wchodzić będzie pod uwagę.

 

Oczywiście ja na to patrzę optymistycznie. Wprawdzie sam jestem złogiem komunistycznym, bo mnie Rada Państwa powołała. Ale spośród tych ludzi, których powołała Rada Państwa dwunastu zostało odznaczonych wysokimi odznaczeniami przez pana prezydenta Komorowskiego, ponieważ – w stanie wojennym, tu tylko w Warszawie – w sprawach politycznych nie wydali innego wyroku, jak uniewinniający.

 

Stan wojenny to nie była rzecz łatwa, to nie były stosunki III, czy IV RP. To był stan groźny i tylu sędziów zdobyło się na to, by w każdej sprawie politycznej powiedzieć nie”.

 

I w Warszawie, w wydziale wojewódzkim IV – a więc tym, który sądził najpoważniejsze sprawy w pierwszej instancji – w 43 prawie procentach spraw politycznych zapadły wyroki uniewinniające.

 

Ja liczę, że polscy sędziowie znajdą w sobie tyle odwagi, ile wielu ich starszych kolegów – choć niestety tylko część – zdobyła się na to, by działać zgodnie z sumieniem, a nie z tym prawem, które wtedy na pewno nie miało znamion prawdziwego prawa. Było lexem ius i było też przez tych sędziów nieaprobowane.



Powiązane raporty


Autor


prof. dr hab., prawnik, sędzia, wiceminister sprawiedliwości (1989–1990), pierwszy prezes Sądu Najwyższego i przewodniczący Trybunału Stanu (1990–1998). Kawaler Orderu Orła…


Więcej

Opublikowany

27 grudnia 2017





Inne głosy w debacie



Inne artykuły tego autora

07.03.2018

„Uchwały obecnej KRS są nieważne”

01.12.2017

Ocena prezydenckich projektów ustaw o SN i KRS [wideo]



Wesprzyj nas!

Archiwum Osiatyńskiego powstaje dzięki obywatelom i obywatelkom gotowym bronić państwa prawa


10 
20 
50 
100 
200