Demokracja walcząca w obronie konstytucji

Udostępnij

prof. dr hab., profesor prawa, adwokat, Kierownik Katedry Prawa Europejskiego i Komparatystyki Prawniczej Uniwersytetu Gdańskiego, 2017-2018 Fellow, Program in Law…

Więcej

Do części polskich elit politycznych nareszcie - choć nadal powoli - zaczyna docierać, że na szali jest los polskiej demokracji liberalnej i że trzeba działać w jej obronie „tu i teraz”. Szkoda tylko, że dla takiego rozbudzenia potrzebne było dopiero brutalne unicestwienie państwa prawa - pisze Tomasz Tadeusz Koncewicz



Demokracja, która się nie poddaje

 

Termin „demokracja walcząca” (ang. militant democracy, niem. streitbare demokratie) został stworzony w 1937 r. przez wybitnego amerykańskiego politologa Karla Loewensteina, który był uchodźcą z nazistowskich Niemiec. Loewenstein – mając w pamięci sposób dojścia do władzy Hitlera wykorzystującego słabość Republiki Weimarskiej – podkreślał, że „demokracja nie może stać się koniem trojańskim, dzięki któremu wróg wkracza do miasta”.

 

Myśl Loewensteina odcisnęła piętno nie tylko na konstytucyjnym systemie powojennych Niemiec, gdzie „demokracja walcząca” stanowi jeden z fundamentów konstytucjonalizmu, ale także na wyborach innych państw powojennej Europy. Pomne tragicznej historii, państwa uznały za wskazane działać prewencyjnie i antycypacyjnie – bronić swoich systemów demokratycznych przed zamachami i atakami od wewnątrz, zamiast czekać aż system zostanie rozmontowany przez siły mu wrogie w oparciu o mechanizmy demokratyczne. Należy podkreślić, że gdy demokracja walczy ze swoimi przeciwnikami nie sięga poza instrumenty pozaprawne, nie wychodzi na zewnątrz systemu, ale wykorzystuje możliwości i opcje, które należą do systemu demokratycznego i z którego państwo ma obowiązek korzystać.

 

„Demokracja walcząca” nie jest więc wyjątkiem od demokracji, ale jej integralnym elementem. Kierując ostrze przeciwko osobom lub grupom jej wrogim wzmacnia system demokratyczny, a nie osłabia go.

 

Jest oczywiste, że każdy akt wykluczenia z dyskursu publicznego (czy to osób, grup czy poglądów przez nie głoszonych) z powołaniem się na konieczność ochrony pewnych wartości uznanych za podstawowe dla systemu, stawia na porządku dziennym szereg problemów i pytań. Dotyczą one jednak raczej sfery stosowania i interpretacji prawa w konkretnym przypadku, a nie podważają samej zasady że system demokratyczny musi być w stanie się bronić przed swoimi wrogami.

 

System demokratyczny musi być tak skonstruowany, aby móc się obronić przed atakami na swoją istotę, a nie tylko zapewniać swobodny głos przy wyborach.

 

Nie można korzystać z Konstytucji (np. z wolności słowa) dla niweczenia praw i wolności, które ta sama Konstytucja gwarantuje. Działanie nakierowane na niszczenie Konstytucji i jej fundamentów legitymizuje wówczas działania obronne państwa, które ingeruje w sferę „wolności” osób czy grup, które tak działają.

 

Co robić z przeciwnikami wolności?

 

Koncepcja „demokracji walczącej” znalazła także wyraz na poziomie ponadnarodowym. W art. 17 Europejskiej Konwencji o Ochronie Praw Człowieka czytamy, że żadne z jej postanowień nie może być wykorzystane do „podjęcia działań lub dokonania aktu zmierzającego do zniweczenia praw i wolności” chronionych przez Konwencję. W ten sposób nie może korzystać z ochrony ten, kto „nadużywa prawa” w celach sprzecznych z systemem i wartościami konwencyjnymi, a więc godzi w pokój i sprawiedliwość, demokrację, rządy prawa i godność człowieka.

 

Trybunał w Strasburgu wykazuje daleko posuniętą ostrożność zanim uzna, że ktoś jest wrogiem wolności i nie może z wolności korzystać. Orzecznictwo zaakceptowało, że konieczne w demokratycznym społeczeństwie jest działanie obronne państwa wobec przypadków szerzenia nienawiści, nietolerancji rasowej i narodowej, zachęcania do przemocy, negowania holokaustu, wspierania ideologii neofaszystowskiej, czy propagowania działań zmierzających do przejęcia władzy i ustanowienia dyktatury totalitarnej.

 

Mając na uwadze brutalizację życia politycznego w Polsce, istotne jest, że argumenty z koncepcji „demokracji walczącej” mogą odgrywać rolę także w kontekście stricte politycznym. Np.: gdy dochodzi do zakazu rejestracji partii, nakazu jej rozwiązania, zakazu startu w wyborach osób głoszących określone poglądy, czy przewodniczenia przez nie na wiecach etc.

 

I tu jednak Trybunał docenia delikatność materii. Z jednej strony nie zgadza się, aby państwo głosem obecnej większości walczyło z partią, która pokojowymi metodami zmierza do zmiany konstytucyjnego systemu władzy w kierunku państwa federalnego. Z drugiej strony jednak rozumie wagę zagrożeń i uznaje pewien margines swobody państw.

 

W 2001 r. Trybunał wydał „mocny” wyrok, w sprawie tureckiej partii REFAH („Partia Dobrobytu”), jednej z głównych sił tureckiej sceny politycznej. Władze tureckie dokonały delegalizacji tej partii, ponieważ jednym z jej celów było zastąpienie prawa świeckiego przez prawo religijne, co godziło w podstawy porządku konstytucyjnego opartego na poszanowaniu praw człowieka. Akceptując decyzję władz tureckich Trybunał dokonał analizy programu partii, publicznych wystąpień jej liderów i podkreślił ich bierność w negowaniu wezwań swoich sojuszników do świętej wojny jako metody prowadzenia działalności politycznej. Rozstrzygnięcie w sprawie „Partii Dobrobytu” ma charakter fundamentalny i jest pierwszą tak zdecydowaną ingerencją sądu w proces polityczny. Rozwiązując jednak problem konkretny, bez odpowiedzi pozostawiło szereg pytań natury ogólnej.

 

– Jak zapewnić, że obecna większość nie dokona instrumentalizacji „demokracji walczącej” do bieżącej walki politycznej, a w konsekwencji gdzie przebiega granica między dopuszczalną samoobroną systemu przed atakami jego wrogów a eliminowaniem przeciwników politycznych?

 

– Jak nakreślić granicę dopuszczalnego działania w celu zmiany systemu konstytucyjnego państwa a niedopuszczalnym niweczeniem jego podstaw i która z propagowanych zmian jest na tyle niebezpieczna, że zagraża podstawom państwa i systemu konstytucyjnego?

 

– Co z partiami, które krytykując system i szermując hasłami niedemokratycznymi działają jednak w jego obrębie? A co z partiami, które swoją krytykę i potrzebę zmian chcą realizować za pomocą siły i przemocy? Czy te pierwsze powinny być akceptowane jako radykalne, a drugie delegalizowane jako ekstremistyczne?

 

Na postawione pytania nie ma dobrych odpowiedzi, które w sposób ostry, odgórnie przeprowadzą linię graniczną i dostarczą kryteriów oceny. Zawsze decydujące znaczenie ma kontekst każdej ze spraw.

 

Perła w koronie demokratycznego systemu

 

Koncepcja „demokracji walczącej” jest perłą w koronie systemu demokratycznego i ostatecznym wyrazem tolerancji. Może jednak spełnić swoją pożądaną funkcję, tylko wtedy gdy elity polityczne rozumieją swoje zobowiązania. Są wierne wobec systemu i jego fundamentów oraz są gotowe korzystać z możliwości, które ta koncepcja im daje.

 

Tymczasem w polskim dyskursie publicznym nigdy nie rozumieliśmy, że „demokracja wyborcza-statystyczna” nie jest równoznaczna z prawdziwą „demokracją”. Prawdziwa demokracja nie jest tylko demokracją rządów większości spełniającą się co kilka lat w symbolicznym akcie głosowania. To ważny element, ale niewystarczający, aby o systemie mówić „demokratyczny”, skoro system może być demokratyczny w sensie formalnym, ale niedemokratyczny w sensie materialnym. Demokracja materialna to poszanowanie demokratycznych wartości: jak prawa człowieka płynące z godności i autonomii jednostki, podstawowe zasady konstrukcyjne państwa, porządek publiczny, podział władzy, szacunek dla prawa i inne.

 

Nasza „demokracja walcząca” ma właśnie zapewnić, że te materialne fundamenty demokracji są przestrzegane także po wyborach.

 

Paradoksem systemów demokratycznych jest to – że zapewniając jak najszersze pole do realizacji autonomii jednostki – zawierają w sobie niebezpieczeństwo, że z darów demokracji będą korzystać, ci którzy chcą ją zniszczyć.

 

Polityczny pluralizm zasadza się na akceptacji możliwości głoszenia przez siły polityczne swojej wizji państwa i potrzeby zmiany w tym zakresie. Propagowanie zmian musi mieć jednak charakter legalny i demokratyczny, i powinno wystrzegać się języka antagonistycznego. Musi respektować fundamentalne zasady demokratyczne.

 

Kierując się tymi wskazówkami możemy ocenić, którzy aktorzy polskiej sceny politycznej mieszczą się w granicach akceptowalnej krytyki państwa i jego organów oraz zasługują na korzystanie z przywilejów, jakie daje im system demokratyczny.

 

Demokracja nie może być bezbronna, a Konstytucja nie może stać się „paktem samobójczym”.

 

III RP zbyt mało czujna wobec zagrożeń

 

Dzisiaj demokracje umierają w milczeniu. I paradoksalnie, umierają dzięki liderom wybranym demokratycznie. Co gorsza nie liderom, którzy przychodzą do władzy w towarzystwie generałów, a w towarzystwie wykwalifikowanych, sprawnych i sprytnych prawników. Prawników, dla których prawo to narzędzie rozmontowywania państwa prawa. Taki „autokratyczny legalizm” zachowuje pozory demokracji i konstytucjonalizmu, ale tak naprawdę konstytucjonalizm zostaje odarty ze swojej podstawowej funkcji ograniczania władzy, a liberalizm jest atakowany bezlitośnie, ponieważ liczy się tak naprawdę tylko wola większościowego prawodawcy.

 

Proces przejmowania państwa prawa pod pozorami przestrzegania demokracji często zaczyna się od słów.

 

Jedynie słuszna opcja polityczna (wówczas jeszcze w opozycji) atakuje przeciwników politycznych i dezawuuje ich jako zdrajców i kolaborantów. Przeciwnik polityczny staje się wrogiem, który nie ma prawa brać udziału w życiu publicznym i walczyć o mandat demokratyczny. Spór polityczny – sól demokracji – jest w konsekwencji eliminowany, skoro tylko jedna strona sceny politycznej jest prawomyślna, rozumie ludzi i reprezentuje ich interesy. Cała reszta jest wykluczana.

 

Wobec nienawistnego sposobu uprawiania polityki i odrzucania reguł demokratycznej gry system demokratyczny nie może nie reagować i czekać aż słowa staną się zaczynem do konkretnych działań politycznych.

 

Amerykański politolog Juan Linz już w latach 80-tych pisał, o tym jak zachowania polityków mogą albo demokrację wzmocnić albo ją zniszczyć. Wyróżniał „nielojalną opozycję” i „półlojalne zachowanie”. Nielojalna opozycja to taka, która odmawia legitymizacji systemu demokratycznemu i konstytucji. Jest gotowa użyć manipulacji, kłamstwa, by walczyć z przeciwnikami politycznymi, których traktuje jak zdrajców i przedstawicieli obcych interesów.

 

„Półlojalne zachowanie” ma z kolei miejsce, gdy polityk zachęca, toleruje, traktuje z przymrużeniem oka i uzasadnia działania, które przekraczają granice pokojowego i zgodnego z obowiązującym prawem działania politycznego w demokracji.

 

Nie ma żadnej wątpliwości, że PiS zawsze był klasycznym przykładem nielojalnej opozycji. Odrzucał obowiązujący w Polsce system prawny i Konstytucję z 1997 r., której nigdy nie akceptował jako swojej.

 

Pogardliwie mówił o zmianach po 1989 r. jako wyniku zgniłego kompromisu okrągło-stołowego. III RP była państwem obcym, fantazmatem, a więc należy ją i jej instytucje unicestwić, i w ich miejsce zbudować nowe, lepsze państwo.

 

Tolerował bojówki faszystowskie, siał nienawiść, zachęcał do agresywnych zachowań w ramach marszy. Do języka dyskursu zostały wprowadzone terminy: „odzyskamy”, „zdobędziemy”, „zakończymy okres zniewolenia”. Antagonizm, nienawiść i brak akceptacji dla innych, ponieważ są „inni” stały się cechą charakterystyczną pisowskiej narracji.

 

Gdy więc w końcu PiS przejął władzę, przeprowadził antykonstytucyjny zamach stanu i wprowadził nowy model wykluczającego sporu, ponieważ tego wymagał program głoszony od wielu lat, o którym wszyscy wiedzieli.

 

Mimo tych wszystkich znaków, obowiązujący w Polsce system demokratyczny przyzwalał i odwracał głowę. Dlaczego więc obronne działanie wyprzedzające nie nastąpiły wcześniej? Przyczyn było wiele. Prymitywizacja życia publicznego, upadek elit politycznych, które nie kierowały się dobrem państwa i nie wychodziły wyobraźnią poza najbliższe wybory i aktualny sondaż. Wszystko sprowadzały do bieżącej polityki.

 

Debata na temat dobra wspólnego i państwa była pozorowana i sprowadzana do rytualnego tańca poprawności politycznej. W tych warunkach, prawdziwe przesłanie „demokracji walczącej” – ochrona podstaw systemu i wartości demokratycznego państwa – nigdy nie były rozumiane i doceniane.

 

W Polsce AD. 2019 żyjemy niestety na co dzień z konsekwencjami naiwnych zaniechań elit politycznych. Demokratyczne państwo musi umieć antycypować i zachowywać czujność wobec zagrożeń, a nie czekać biernie na to co się może wydarzyć. Czasami oczekiwanie na zagrożenie jest początkiem końca i wyrazem naiwności systemu demokratycznego.

 

Państwo nie może czekać z interwencją obronną do momentu, w którym partia polityczna obejmie władzę i zacznie wprowadzać nowe porządki niezgodne z obowiązującą Konstytucją. Gdy zagrożenie dla demokracji jest w sposób wystarczający udokumentowane i realne, trzeba działać „tu i teraz”.

 

Pomiędzy słowami nienawiści i brutalnej kontestacji rzeczywistości a konkretnymi działaniami przebiega bardzo cienka linia. Państwa demokratycznego nie stać jednak na testowanie jej przebiegu, ponieważ może się okazać, że otrzeźwienie i działania obronne przyjdą zbyt późno. To jest lekcja z historii, którą w Polsce zlekceważyliśmy.

 

Organy państwa III RP mogły bronić demokracji na wiele sposobów. Nie tylko delegalizując anty-demokratyczne partie, ale także odmawiając np. marszów czy zgromadzeń, których jedynym i głównym celem jest kwestionowanie ustroju państwa i jego konstytucyjnych podstaw, czy szerzenie nienawiści. Gdy w końcu polska liberalna zaczyna rozumieć swoje zobowiązanie do działania obronnego, może być już niestety za późno. Moment na zakaz Marszu Niepodległości był kilkanaście lat temu, a nie w listopadzie 2018 r. Wówczas mógłby być czymś więcej niż tylko symbolem (choć ważnym).

 

„To może zdarzyć się wszędzie”

 

„Demokracja walcząca” stawia na porządku dziennym fundamentalne pytania o to, jak rozumiemy naszą demokrację, co jesteśmy w stanie dla niej i w jej obronie zrobić oraz o gotowość podjęcia takich działań.

 

Prawidłowo rozumiana „demokracja walcząca” jest koncepcją nobilitującą, wymaga wiele przede wszystkim od tych, którzy chcą z niej korzystać. Testuje ich szacunek dla przeciwników politycznych. Przede wszystkim jest jednak sprawdzianem poszanowania dla prawa i państwa.

 

Usłyszmy dzisiaj swój głos. Nie bójmy się rozmawiać o wartościach i państwie, a zobaczymy jak wielu jest wśród nas, którym zależy, aby państwo mogło się bronić i być dumne z tego, że jest w stanie dać systemowy i prawny odpór swoim adwersarzom.

 

Dla nas to powinno być wielkim wyzwaniem obywatelskim, a dla nadal rozbitej opozycji dramatycznym apelem o wyobraźnię, odpowiedzialność i szacunek dla państwa i systemu, którego są tylko przejściowymi sługami. Zawsze państwo i jego system konstytucyjny są czymś większym i ważniejszym od chwilowego układu politycznego.

 

Wszystkim kwestionującym pożyteczność „demokracji walczącej” dedykuję słowa byłego Prezesa Sądu Najwyższego Izraela: „skoro to, co się wydarzyło w przeszłości było możliwe w kraju Kanta, Goethego i Beethovena, oznacza to , że może się zdarzyć wszędzie”. To w tym sensie demokracji nie możemy traktować jako danej raz na zawsze. Musimy o nią walczyć i ją chronić. Ona się nie obroni sama z siebie tylko dlatego, że jest.

 

W czasach konstytucyjnej tragedii, to politycy, którzy nadal wierzą w III RP i są dumni z jej osiągnięć, muszą zrozumieć, że wobec wrogów demokracji i państwa prawa trzeba działać razem, sprawnie i czytelnie ogniskować swój wysiłek wokół obrony Konstytucji. Muszą odłożyć do lamusa wygodne „to się na pewno nie wydarzy u nas”, bo to się właśnie u nas dzieje.

 

Czas, aby zacząć tak mówić – twardo bronić państwa i reguł demokracji liberalnej. To zresztą powoli zaczyna mieć miejsce. Zniszczenie państwa prawa w Polsce w końcu staje się katalizatorem dla działań obronnych ze strony sił liberalnych. Budzą się sędziowie, którzy zaczynają rozumieć wagę swojej społecznej funkcji. Podobnie opinia publiczna coraz częściej rozumie, że życie w demokracji i dobrze urządzonym państwie wymaga czegoś więcej niż zainteresowanie własnymi czterema ścianami.

 

Do części polskich elit politycznych nareszcie (choć nadal powoli) zaczyna docierać, że na szali jest los polskiej demokracji liberalnej i że trzeba działać w jej obronie „tu i teraz”. Szkoda tylko, że dla takiego rozbudzenia potrzebne było dopiero brutalne unicestwienie państwa prawa i liberalnej demokracji.

 

Polska demokracja zawiodła samą siebie swoją naiwnością, brakiem czujności, samozadowoleniem i brakiem działania obronnego wtedy, gdy był na to czas.

 

Dlatego dzisiaj prosta deklamacja Kons-TY-tuc-JA niestety nie wystarczy.



Autor


prof. dr hab., profesor prawa, adwokat, Kierownik Katedry Prawa Europejskiego i Komparatystyki Prawniczej Uniwersytetu Gdańskiego, 2017-2018 Fellow, Program in Law…


Więcej

Opublikowany

11 stycznia 2019







Inne artykuły tego autora

02.11.2018

Po co nam Trybunał Sprawiedliwości UE? Broni nas przed absurdami polityki państwa PiS

02.11.2018

Jak myśleć i rozmawiać o Europie w czasach “paranoi PiS”? „Obywatelski Elementarz” dla tych, którzy chcą zrozumieć Europę i w niej żyć

22.10.2018

Jak trwoga, to do Luksemburga. Jak sędziowie ratują nas przed władzą

30.11.2017

Elegia na śmierć Trybunału Konstytucyjnego

31.10.2017

Obecna Konstytucja jest dla obywateli, a nie dla elit. Nie dajmy się oszukać



Wesprzyj nas!

Archiwum Osiatyńskiego powstaje dzięki obywatelom i obywatelkom gotowym bronić państwa prawa.


10 
20 
50 
100 
200