Co zostało z Marca? W 40. rocznicę Marca ’68

Udostępnij

Wiktor Osiatyński (1945-2017) najlepiej znany był jako konstytucjonalista i obrońca praw człowieka. Profesor Wiktor Osiatyński był również pisarzem, działaczem społecznym,…

Więcej

W II RP koncepcja obywatelska, reprezentowana przez Piłsudskiego, ścierała się z plemienną, bliższą endecji. W Marcu '68 odżyła koncepcja plemienna.



Poniżej publikujemy wystąpienie Wiktora Osiatyńskiego podczas sesji „40 lat później. Marzec 1968-2008”. Zorganizowały ją 8-9 marca 2008 Uniwersytet Warszawski i Otwarta Rzeczpospolita – Stowarzyszenie przeciw Antysemityzmowi i Ksenofobii. Tekst został opublikowany w „Gazecie Wyborczej” 15 marca 2008 roku.

 

Zastanawiamy się nad tym, co zostało w nas z dziedzictwa Marca 1968 r. Dokąd przez te 40 lat zaszliśmy i co się zdarzyło po drodze? W co wierzyliśmy wtedy i jakie mieliśmy nadzieje? Czego nauczyliśmy się wówczas i później, a czego nie? Gdy używam zaimka „my”, mam na myśli ówczesnych studentów, którzy aspirowali do bycia częścią inteligencji. Samo pojęcie „inteligencja” miało wówczas inny wymiar i inny prestiż społeczny niż dzisiaj.

 

Będę poszukiwał odpowiedzi w trzech wymiarach – ludzkim, narodowym i historycznym.

 

Wymiar ludzki wyraża się najpełniej w kategoriach krzywdy i tego, jak trzeba było sobie radzić z następstwami tej krzywdy.

 

Krzywda została zadana ludziom młodym – ich nadziejom, niewinnym pragnieniom, poczuciu sprawiedliwości i przynależności. Można porównać ją tylko z gwałtem, bo państwo użyło przemocy fizycznej przeciw młodym ludziom, którzy otworzyli się na dobro publiczne i pragnęli je urzeczywistniać. Krzywda obejmowała wyrzucenie ze studiów, utratę pracy, zamknięcie w więzieniu lub zmuszenie do emigracji.

 

Krzywda została wyrządzona wszystkim – tym, którzy wyjechali, i tym, którzy zostali. Pragnę wyrazić szacunek i podziw dla tych, którzy wówczas wyjechali. Do najtrudniejszych doświadczeń należy transplantacja każdej istoty żywej, nawet przesadzenie rośliny do innej gleby. Zwłaszcza wtedy, gdy ze swych korzeni czerpie ona nie tylko soki niezbędne do życia, ale także poczucie sensu życia. A tak właśnie jest w przypadku inteligencji humanistycznej i artystycznej.

 

Wyobraźmy sobie, że z USA nagle zostają wypędzeni wszyscy imigranci z Polski. Nie z Irlandii czy z Meksyku, a jedynie z Polski. I jedynie dlatego, że noszą polskie nazwiska albo że ktoś odkrył, że pod nazwiskiem Mlynar naprawdę kryje się Młynarz. To właśnie zrobiono w Polsce w 1968 r. wobec obywateli polskich o korzeniach żydowskich.

 

Ci, którzy pozostali, byli szykanowani i odtrącani, żyli w strachu i niekiedy poczuciu gorszości. Na każdym Marzec i jego następstwa wypaliły nieusuwalne piętno. We mnie osobiście Marzec zapoczątkował trwające przez całe życie poczucie odrzucenia i samotności. Przeżycia Marca ukształtowały ogromną część mojej tożsamości – ludzkiej i obywatelskiej.

 

Naród plemienny

 

Wymiar narodowy Marca dotyczy tożsamości. Tożsamości narodowej pojedynczych ludzi i charakteru narodu, jaki tworzymy. Ten aspekt narodowy stał się skutkiem Marca, choć nie był jego przyczyną.

 

Na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego nie zbieraliśmy się w sprawie narodowej, lecz w obronie „Dziadów”, przeciw zagrożeniu wolności słowa. Sprawę narodową i „antyżydowską” uczyniła z tego partia, milicja, Służba Bezpieczeństwa i pozostająca na ich usługach prasa.

 

Obudzili oni wówczas upiora naszej historii. W państwie wielonarodowym, jakim była I Rzeczpospolita, powstał naród szlachecki, a później obywatelski. W drugiej połowie XIX wieku – bez państwa, pod zaborami, po przegranym powstaniu – próbowano włączyć do narodu prosty lud.

 

Wtedy upowszechniała się koncepcja narodu, którą można określić jako plemienną. Ktoś był Polakiem nie dlatego, że był obywatelem państwa polskiego, bo tego państwa nie było, ale dlatego, że mówił po polsku (a nie po niemiecku czy rosyjsku) oraz był katolikiem (a nie protestantem lub prawosławnym jak zaborcy).

 

W II Rzeczypospolitej ścierały się dwie koncepcje: obywatelska, reprezentowana przez Piłsudskiego, oraz plemienna – bliższa endecji.

 

Po Marcu ’68 odżyła koncepcja plemienna. Władza zmusiła ludzi do wyboru: czy są Polakami, czy Żydami, a za wielu tego wyboru sama dokonywała.

 

Przedtem, po faszyzmie i po ustawach norymberskich, wydawało się, że takiego wyboru już nikt nigdy nie będzie dokonywać. Że będzie można być Polakiem pochodzenia żydowskiego, tak jak można było być Polakiem pochodzenia niemieckiego (jak Kopernik) lub litewskiego (jak Mickiewicz). Co więcej, wielu z tych, których postawiono wobec tego wyboru, czuło się już tylko Polakami, chciało należeć do polskiej inteligencji, żyło polską kulturą i pragnęło ją tworzyć. Tymczasem ci, którzy mieli siłę, zaczęli decydować, czy ktoś jest Żydem. Ludzie musieli dokonywać wyboru, który w tamtych warunkach oznaczał całkowite odcięcie się od korzeni, zerwanie więzi przyjacielskich, niekiedy rodzinnych, i rozpoczęcie nowego życia w nieznanych warunkach. Taki wybór musiał stać się punktem odniesienia na resztę życia.

 

Osobiście w Marcu ’68 po raz pierwszy spotkałem się z wybuchem publicznego antysemityzmu na skalę tak masową. Ale w środowisku, w jakim się obracałem – studenckim, naukowym, inteligenckim, później dziennikarskim i wydawniczym – po Marcu mogło się wydawać, jakby ten problem złagodniał. Jakby po podjęciu haseł antysemickich przez „Trybunę Ludu” i „Żołnierza Wolności” wstyd było go przejawiać. Przez następne 13 lat nie dostrzegałem społecznego antysemityzmu. Zobaczyłem go znów późną jesienią 1981 r. w gdańskiej hali Oliwia podczas zjazdu „Solidarności”. To już nie był antysemityzm państwowy. On znów, jak w latach 40., był antypaństwowy. Tym razem „prawdziwi Polacy” kierowali go przeciw inteligenckim doradcom „Solidarności”.

 

Dziś w demokracji, która potrzebuje konfliktów w celu pozyskiwania wyborców, politycy szukają przeciwników. Niektórzy znajdują Żydów – nawet wówczas, gdy ich nie ma. Zdarzają się też jak w Marcu ’68 dziennikarze i historycy, którzy pomagają im w tych poszukiwaniach.

 

Niby wiele się zmieniło – jest Muzeum Żydów Polskich, może odbywać się publiczna debata nad książkami Jana Grossa, które przecież się ukazują, choć 40 lat temu taka dyskusja była nie do pomyślenia. Ale jednocześnie podczas tej dyskusji w kościołach padają hasła antysemickie. Hierarchia to toleruje, więc można powiedzieć, że antysemityzm nadal jest sposobem myślenia i reagowania przynajmniej części Kościoła.

 

Nadal żyjemy z antysemityzmem utajonym, potencjalnym, ujawniającym się wówczas, gdy pojawiają się lęki, urazy albo pokusy wygrywania konfliktów. I tak będzie, dopóki przywódcy państwa, twórcy kultury, ludzie mediów, nauczyciele i wychowawcy nie podejmą świadomego wysiłku, by przekuć nasz naród plemienny w naród obywatelski.

 

Nowa misja inteligencji

 

W wymiarze ideowym i historycznym Marzec był początkiem końca elitaryzmu polskiej inteligencji wywiedzionego z dworów absolutnych monarchów oświeconych. Elitaryzm ów polegał na przeświadczeniu, że elita ludzi wykształconych ma prawo do udziału w decyzjach, a władza powinna ich słuchać, bo oni wiedzą więcej od innych. W okresie międzywojennym ten elitaryzm podzielały oba walczące między sobą obozy – endecja i sanacja. Sanacja wpisała nawet ten elitaryzm do konstytucji 1935 r. Młoda inteligencja powojenna szukała dla siebie podobnego miejsca w komunizmie. Za każdym razem oznaczało to roszczenie do przywileju – do wpływania na decyzje władzy, ale też do materialnych przywilejów związanych z władzą. Była to filozofia przywilejów dla elit, a nie praw dla wszystkich.

 

Po 1956 r. zaczęło się odradzać w Polsce inne rozumienie roli inteligencji wywodzące się jeszcze z zaborów. Takie mianowicie, że ma ona obowiązek troszczyć się i występować w obronie racji moralnych oraz ludzi i grup słabszych.

 

Inteligencja powinna reprezentować ich racje i potrzeby, a korzystając ze swej wyjątkowej roli w społeczeństwie – wpływać na władzę. Mądra władza powinna wysłuchać inteligencji w tym zakresie.

 

W Marcu okazało się, że władza nie słucha. Przede wszystkim dlatego, że ma inne, własne cele i potrzeby, a racje moralne się dla niej nie liczą.

 

Protest marcowy wypływał z tego obowiązku inteligencji. Nie z dążenia do władzy, ale z potrzeby obrony wartości – wolności i prawdy. Uzasadnieniem tego protestu było poczucie słuszności i dobra wiara protestujących, którzy przecież niczego dla siebie nie chcieli. Argumentem prawnym była wolność słowa i wypowiedzi zawarta w konstytucji socjalistycznego państwa, lecz nierespektowana przez rządzących.

 

Oczywiście istnieje wiele pytań o rok 1968, na które wciąż szukamy odpowiedzi. Czy był to protest tylko inteligencki? Czy rzeczywiście, jak często się sądzi, robotnicy nie rozumieli, o co chodzi inteligencji (a mogli nie rozumieć, bo po 1956 r. ich wolność wypowiedzi nie była tak silnie krępowana jak nasza). Czy było tak, że studentom i pisarzom chodziło o wolność słowa, a robotnikom o chleb? Stosunkowo niewielkie poparcie inteligencji dla strajków robotniczych na Wybrzeżu w 1970 r. mogłoby wskazywać, że tak właśnie było.

 

Przełom nastąpił po 1976 r. Wtedy to inteligencja – bogatsza o doświadczenia Marca ’68 i Grudnia ’70 – zdecydowała się pomóc robotnikom: prawnie, finansowo, swoją wiedzą. Przekonała przywódców robotniczych, że nie ma chleba bez wolności. Pokrywało się to z ofensywą praw człowieka na świecie. W Polsce ruch ten umocniły takie wydarzenia jak wizyta prezydenta Cartera w 1977 r., wybór Karola Wojtyły na papieża w 1978 r. i jego pielgrzymka do Polski rok później.

 

W 1980 r. doszło do zdarzenia niebywałego: oto strajkujący robotnicy ogłosili postulaty, na których czele znalazły się żądania praw politycznych, a później uchwalili „inteligencki” program „Solidarności”.

 

Przełom polegał na tym, że inteligencja odstąpiła od żądania przywilejów dla siebie na rzecz domagania się praw dla wszystkich, a lud zamiast łask zaczął też domagać się praw.

 

Inteligencja podjęła nową misję – już nie udziału we władzy, lecz jak w czasach zaborów działania w społeczeństwie. Jako siła współtworząca niezależne społeczeństwo, i to razem z tym społeczeństwem, a nie tylko dla niego. Lata 80. to okres wypełniania tej właśnie misji, która koncentrowała się na organizowaniu pomocy, niesieniu prawdziwych informacji, ograniczaniu skutków przemocy oraz krytykowaniu władzy. Niezależne społeczeństwo było tak skuteczne, że w sprzyjającej konstelacji międzynarodowej i gospodarczej rozmyło władzę, a później ją przejęło.

 

Naprawdę przegraliśmy?

 

I wtedy inteligencja przegrała. Przegrała, bo choć umiała protestować, to nie umiała poruszać się w świecie interesów, kompromisów, szukania poparcia, schlebiania gustom wyborców. W świecie, w którym mniej się liczy racja, a bardziej poklask. Nie nadawaliśmy się do tego i nasza reprezentacja polityczna przegrała.

 

Ale czy naprawdę przegraliśmy? Jeśli spojrzeć na efekty reform, na to, jak zmieniła się Polska – nie była to przegrana. Najważniejsze wydaje się to, że po politycznej przegranej część inteligencji znów odgrywa rolę krytyczną wobec władzy i państwa – zwłaszcza gdy staje się ono nieprzyjazne ludziom, nadużywa władzy, kłamie, fałszuje historię, zagraża wolności albo po prostu budzi odrazę i sprzeciw moralny.

 

Tak właśnie było w latach 2005-07, gdy inteligencja odegrała tę samą rolę co w Marcu i po Marcu. Protest wynikał z troski o stan społeczeństwa i państwa oraz z poczucia racji moralnej. Przyjmował też podobną formę, choć tym razem w warunkach wolności słowa, prasy, wypowiedzi i zgromadzeń.

 

To właśnie słowem, obywatelskimi raportami o stanie spraw w państwie, akcjami protestu, podpisami pod listami otwartymi udało się zdelegitymizować rząd, który znów stwarzał zagrożenie dla wolności.

 

Wypada zauważyć, że zrobili to w ogromnej mierze ci sami ludzie, którzy po raz pierwszy weszli na tę drogę w Marcu ’68. To właśnie wtedy zaczęli się tego uczyć.

 

Mam nadzieję, że tym ideałom będziemy wierni także w przyszłości i nie zapomnimy dokonań naszych nauczycieli. Starszych, wrażliwszych i bardziej doświadczonych, jak Jacek Kuroń i Karol Modzelewski. A także młodszych, ale odważniejszych, jak Adam Michnik, Henryk Szlajfer, ich koleżanki i koledzy. Dziękuję Wam wszystkim.

 

Dołącz do zbiórki na Archiwum Osiatyńskiego https://pomagam.pl/archiwum 

 

Archiwum Osiatyńskiego to obywatelskie centrum dokumentacji i analiz, monitorujące i komentujące zmiany w zakresie naruszania praworządności i ochrony praw człowieka w Polsce po wyborach 2015 r. Od grudnia 2017 r. zebraliśmy ponad 500 dokumentów (wiele unikalnych) i ponad 100 analiz wybitnych prawników.

 

Porządkujemy fakty w kilku kalendariach: oporu społeczeństwa obywatelskiego, represji politycznych, sporów z UE, reformy sądowniczej PiS, zamachy na TK.

 

Do Rady Programowej Archiwum należą najwybitniejsi prawnicy i prawniczki w Polsce.



Autor


Wiktor Osiatyński (1945-2017) najlepiej znany był jako konstytucjonalista i obrońca praw człowieka. Profesor Wiktor Osiatyński był również pisarzem, działaczem społecznym,…


Więcej

Opublikowany

27 kwietnia 2018





Inne głosy w debacie



Inne artykuły tego autora

29.04.2019

Posklejać pękniętą Polskę [40 haseł Alfabetu Osiatyńskiego]

28.04.2018

Alfabet Osiatyńskiego: 40 haseł

27.04.2018

Prawa człowieka i ich granice

27.04.2018

Gdy Demokracja przegrywa z symbolami

27.04.2018

Prawa człowieka są niezbędne do tworzenia koalicji czy ruchów, które będą wyciągały ludzi, aby mogli organizować lepszy świat



Wesprzyj nas!

Archiwum Osiatyńskiego powstaje dzięki obywatelom i obywatelkom gotowym bronić państwa prawa.


10 
20 
50 
100 
200