„Ideologia LGBT”? Nie, społeczność z postulatami

Udostępnij

Doktor nauk prawnych oraz adwokat zaangażowany pro bono w sprawy dotyczące ochrony praworządności

Więcej

Andrzej Duda i jego otoczenie cynicznie wykorzystują wyrażenie "ideologia LGBT" do walki o reelekcję w wyborach prezydenckich. Jednak prosta odpowiedź "nie ma ideologii LGBT, są ludzie LGBT" tworzy fałszywą opozycję między jednostkami i ich światopoglądem. Tymczasem istnieje agenda polityczna ruchu LGBT, która zawiera konkretne postulaty wpisujące się w ruch praw człowieka



„Walczymy z ideologią LGBT, nie z ludźmi” – „nie ma ideologii LGBT, są ludzie LGBT”: od kilkunastu dni wokół tych i podobnych formułek toczy się gorący spór, wywołany cynicznie przez otoczenie urzędującego prezydenta (i samego Andrzeja Dudę) na potrzeby kampanii wyborczej. Oczywiście w przypadku obozu rządzącego wskazywanie palcem wroga i budowanie wokół niego wykluczającego przekazu jest już tradycyjnym elementem socjotechniki (uchodźcy, Soros, ludzie pracujący w resortach siłowych PRL, sędziowie, a teraz osoby nieheteronormatywne), jednak w tym przypadku mamy wbrew pozorom do czynienia z sytuacją szczególną, w moim przekonaniu wyjątkowo odrażającą i budzącą sprzeciw.

 

Może to niektórych zdziwić, ale agenda polityczna LGBT (ideologia to chyba jednak zbyt duże słowo) istnieje. Są zatem ludzie (nie tylko zresztą nieheteronormatywni), którzy popierają, a nawet zabiegają o zmiany legislacyjne poszerzające sferę praw i wolności osób LGBT. Dotyczy to szerokiego wachlarza zagadnień, z pewnością nie jest to program jednolity i nie każdy postulat ma jednakowe poparcie, bez względu na to, czy są to kwestie bezpieczeństwa osób LGBT, nauczania młodzieży szkolnej tolerancji i wrażliwości dla mniejszości, związki partnerskie, równość małżeńska, dopuszczalność adopcji dzieci przez pary jednopłciowe, etc.

 

W tym sensie program polityczny to nie ludzie, gdyż tak jak część osób nienależących do społeczności LGBT popiera niektóre z tych postulatów, tak też nie wszystkie osoby homoseksualne, biseksualne czy transpłciowe czują potrzebę zabiegania o nie (są nawet tacy którzy, z własnych powodów, sprzeciwiają się im). Nie zmienia to jednak faktu, że taki – choć niejednolity i zróżnicowany – program polityczny istnieje, a zaprzeczanie temu nie ma sensu. Uważam wręcz, że negowanie istnienia agendy politycznej LGBT (hasło „LGBT to ludzie, nie ideologia”), choć w pewnym sensie zrozumiałe, to droga donikąd, również dla społeczności LGBT.

 

Postulaty ruchu praw LGBT mają różny charakter. Część z nich w istocie nie wymaga żadnych (względnie kosmetycznych) zmian prawnych, lecz realizacji praw już zagwarantowanych w Konstytucji i ustawach. Inne wymagają nowelizacji ustaw, a niektóre  dla wprowadzenia w życie wymuszałyby zmianę Konstytucji (jak np. małżeństwa jednopłciowe – znany jest mi pogląd, zgodnie z którym art. 18 Konstytucji nie wyklucza ustawowego uregulowania małżeństw jednopłciowych, jednak nie uważam, aby ten pogląd na gruncie Konstytucji był uzasadniony). Nie można jednak uznać, że którykolwiek z tych postulatów jest niedopuszczalny w demokratycznym państwie prawnym – co do zasady większość z nich zmierza raczej do poszerzania sfery wolności obywatelskich, niż jej zawężania. Pewnym wyjątkiem jest tutaj walka z mową nienawiści, która z pozoru jest ograniczeniem wolności słowa, znajduje jednak uzasadnienie w innych istotnych wartościach konstytucyjnych. W wielu przypadkach mowa nienawiści nie będzie nawet stanowiła realizacji wolności słowa, bo trudno uznać za głos w demokratycznej debacie wypowiedzi nawołujących do przestępstw czy znieważania konkretnych grup. W tym sensie powtarzane w niektórych prawicowych mediach tezy o tłumieniu wolności słowa w przypadku piętnowania wypowiedzi przepełnionych nienawiścią są zupełnie nietrafione.

 

Nawet jeśli byłby to program zmiany Konstytucji, poprzez przedefiniowanie instytucji małżeństwa, to nie można zakładać, iż wyrażanie tego rodzaju zamiarów kłóci się z porządkiem demokratycznego państwa prawnego. Zabieganie o zmianę Konstytucji, w ramach demokratycznych procedur, nie jest z Konstytucją sprzeczne. Oczywiście to nie tak, że każdy ma obowiązek te postulaty popierać – wręcz przeciwnie, w ramach demokratycznego dyskursu można je poddawać silnej nieraz krytyce i taka krytyka, o ile nie stanowi podżegania do przemocy, musi również pozostawać pod konstytucyjną ochroną.

 

Dopóki pozostajemy w obrębie demokratycznego sporu, wszystko jest w porządku. W kampanijnej narracji obozu urzędującego Prezydenta te granice zostały jednak w ubiegłym tygodniu przekroczone. Rozmaici emisariusze kandydata (niektórych wypowiedzi nie warto nawet przypominać), a także sam Prezydent, zdają się forsować pogląd, że co do zasady nie mają nic przeciwko ludziom „o takich skłonnościach”, ale rzekoma „ideologia LGBT” to niemal zło wcielone, coś porównywalnego z totalitarnymi ideologiami XX wieku (Andrzej Duda użył nawet sformułowania „neobolszewizm”), coś co trzeba fundamentalnie odrzucić. Przy czym złem jest nie tylko sama „ideologia”, ale także jej „promowanie, propagowanie, ideologizowanie”. I z tym „propagowaniem” również należy walczyć (bo przecież nie dyskutować). Uważni obserwatorzy prawej części internetu wiedzą, że niektórzy jej przedstawiciele wręcz nawołują do legislacyjnego zakazania „promocji LGBT”.

 

Ten sposób przekazu to pokazanie po raz kolejny braku szacunku dla demokracji i demokratycznych reguł. Z postulatami ruchu LGBT można się nie zgadzać, a nawet ostro polemizować. W tym przypadku dąży się jednak do wyrzucenia tych postulatów poza nawias demokratycznej debaty. Nieprzypadkowo pan Prezydent porównał je do bolszewizmu (propagowanie totalitarnych ideologii komunistycznych, faszystowskich i nazistowskich jest jednym z nielicznych przypadków, w których w naszym kraju wprost wyłączono konstytucyjną ochronę wolności słowa). To porównanie jest jednak oczywiście nietrafione i samo w sobie jest przejawem mowy nienawiści. Tymczasem, jeśli ktoś szanuje demokratyczne zasady gry, powinien kierować się raczej maksymą przypisywaną (błędnie) Voltaire’owi: Nie zgadzam się z twoimi poglądami, ale po kres moich dni będę bronił twego prawa do ich głoszenia. Osobiście nie podzielam niektórych postulatów zmian legislacyjnych proponowanych przez przedstawicieli ruchu LGBT, ale do głowy by mi nie przyszło, żeby ich nie wysłuchać i stygmatyzować za samo zabieranie głosu.

 

W demokracji konstytucyjnej ustawa zasadnicza służy m.in. zabezpieczeniu mniejszości przed „tyranią większości”. Oznacza to, że słabsze, czy też mniej liczne grupy społeczne uzyskują konstytucyjną ochronę pewnego katalogu praw i wolności. Prawa i wolności te nie mogą zostać uchylone bez zmiany Konstytucji, co jest podstawowym, choć nie zawsze skutecznym, instrumentem tej ochrony. Dodatkowo Konstytucja chroni równość wobec prawa, co wyklucza selektywne przyznawanie praw obywatelom (pomijające wybrane grupy) na mocy ustaw zwykłych, jeśli ma ono charakter dyskryminujący. Z drugiej strony, jeśli ktoś chce uzyskać więcej praw, to w ustroju demokratycznym jest tylko jedna do tego droga – przekonanie odpowiedniej większości. Teoretycznie oznaczałoby to, że mniejszości są w tym zakresie na straconej pozycji, w zdrowej demokracji tak jednak nie jest, ponieważ game changerem jest wolność słowa, w tym wolność głoszenia poglądów politycznych i zabierania głosu w debacie publicznej. Dzięki nim mniejszość ma zdolność do przekonania większości do swoich racji. Nie ma to nic wspólnego z „propagandą”, to normalny mechanizm w demokratycznym społeczeństwie. Prawidłowość tę widać choćby w odniesieniu do społecznego poparcia dla jednego z postulatów ruchu LGBT – związków partnerskich: w 2002 r. wynosiło ono 15%, w 2019 r. już 56%.

 

Działania i narracja kampanijna otoczenia Dudy ma charakter wykluczający nie dlatego, że postulatom ruchu LGBT się sprzeciwia, ale dlatego, że zmierza do ich wyrzucenia poza nawias debaty publicznej (jako „neobolszewizmu”). Od kandydatów opozycyjnych nie musimy oczekiwać poparcia tych postulatów, ale okazania przywiązania do wartości demokratycznych, a zatem sprzeciwienia się nagonce i stygmatyzacji osób je głoszących.

 

Jakiś czas temu na spotkaniu poświęconym wspieraniu różnorodności (w tym wsparcia dla osób LGBT) usłyszałem, że są tylko ludzie LGBT, nie ma żadnej ideologii. Abstrahując od nieszczęśliwego sformułowania „ideologia”, fundamentalnie się z takim stawianiem sprawy nie zgadzam. Ruch równouprawnienia osób LGBT to ruch zabiegający przecież o zmiany prawne, a więc ruch o zabarwieniu politycznym. I bardzo dobrze – w historii walki o prawa człowieka tak było zawsze. Nie wolno przeciwstawiać (i to jest apel do obydwu stron polskiej politycznej barykady) „dobrych ludzi” – „złej ideologii”. Stąd już bowiem tylko krok do stygmatyzacji osób, które walczą o prawa osób LGBT, a także do taktycznego „chowania tematu” również przez liberalne i progresywne ugrupowania na czas wyborów. Można sobie bowiem zadać pytanie – jeśli społeczeństwo ma rzeczywiście zdecydować, czy w swojej większości zgadza się czy odrzuca postulaty ruchu LGBT, to czy może to nastąpić inaczej niż poprzez głos w wyborach, poprzedzony rzetelną debatą na ten temat?



Autor


Doktor nauk prawnych oraz adwokat zaangażowany pro bono w sprawy dotyczące ochrony praworządności


Więcej

Opublikowany

24 czerwca 2020







Inne artykuły tego autora

30.03.2020

Wyborcze igranie rządzących ze zdrowiem i życiem, czyli co zrobi Senat?



Wesprzyj nas!

Archiwum Osiatyńskiego powstaje dzięki obywatelom i obywatelkom gotowym bronić państwa prawa.


10 
20 
50 
100 
200