arrow search cross



Ula Kitlasz i Konrad Korzeniowski

Udostępnij

„Wojna toczy się o podstawowe wartości. Nie walczymy z konkretną partią polityczną, z jakimś potworem, który wziął się znikąd. Ta polsko-polska wojna to nie jest prosty polityczny podział na »my« i »wy«. To wojna kulturowa, efekt wieloletnich zaniedbań, tych w obszarze edukacji społecznej, ale i historycznej. Demonizujemy wszystko co jest inne i »niepolskie«. Mało tego, jesteśmy na takim urwisku, że niepolscy są dla nas też wszyscy, którzy ośmielają się mieć inne niż prawicowe poglądy”.

 

Ula Kitlasz i Konrad Korzeniowski. On – z zawodu programista, w 2017 roku po niemal 20 latach emigracji wrócił w sam środek polskiego zamieszania. Ona – montażystka obrazu i dźwięku, do 2016 roku związana była z TVP. Aktywiści, razem w życiu prywatnym i ulicznym. Wolne elektrony, niezwiązani z żadną organizacją.  Jedni z najaktywniejszych uczestników demonstracji sprzeciwu względem PiS: przeciw nowej KRS, przeciw zmianom w prawie o sądach i wielu innych. Blokowali marsze nacjonalistów. Próbowali blokować ekshumacje smoleńskie. Wielokrotnie zatrzymani przez policję podczas protestów. Inni „ulicznicy” mówią o nich: „bardzo skromni, życzliwi, zaangażowani, dobre dusze protestów”.

 

Rzeczywiście są bardzo skromni – trudno było ich namówić na rozmowę. Ale gdy już się udało, to rozmowa z Ulą i Konradem nie pozwala się domknąć. Naszpikowana dygresjami, bogactwem historii i anegdot, odsłania portret ludzi głęboko wierzących w sens praktykowania obywatelskiego sprzeciwu. Poniżej publikujemy tylko krótki fragment ich opowieści, skrojony na potrzeby sylwetki w Alfabecie Buntu.

 

Mówią, że na ulice wyrzuciła ich bezsilność. Konrad Korzeniowski:

 

Był lipiec 2017 roku. Siedzieliśmy w domu, czytaliśmy informacje o planach rządu wobec sądów. Byliśmy przerażeni i bezsilni. To, że poszliśmy przed Sejm, staliśmy w ogromnym tłumie, to mogło napawać optymizmem. Na tym czysto ludzkim poziomie potrzebowaliśmy świadomości, że nie jesteśmy w tym przerażeniu i bezsilności sami. Że nie jest tak, że tylko my dwoje łapiemy się za głowy z niedowierzaniem.

 

Chwilę potem przed Senatem była blokada. W środku nocy minęła nas w pędzie dziewczyna (Nadia Kłos) z różowymi włosami krzycząc, że trzeba ludzi na jednej z ulic. Poszliśmy za nią. Nic nie wiedzieliśmy o blokowaniu ulic. Na rękach pospiesznie zapisywaliśmy flamastrem wykrzyczany przez kogoś numer do adwokata.

 

Ula Kitlasz:

 

To była moja pierwsza granica, przekroczona bez świadomości ewentualnych konsekwencji. Jak czuliśmy, tak działaliśmy. Trzeba było tam być. A potem był pierwszy sierpnia 2017 roku, zderzenie z nacjonalistami. Poczułam się okradziona i zraniona do żywego. Bo jestem wnuczką Powstańców Warszawskich. To, że 1 sierpnia ONR idzie ulicami Warszawy było dla mnie jak siarczysty policzek. Osobisty cios.

 

Konrad Korzeniowski:

 

O ile lipiec był potrzebą współdziałania, to 1 sierpnia był takim konkretnym wyzwalaczem. Totalną niezgodą. Dlatego 15 sierpnia poszliśmy na blokadę marszu nacjonalistów na Nowym Świecie w Warszawie. To był silny imperatyw, żeby zrobić coś fizycznie, konkretnie. Szokujący pierwszy kontakt z policją. Nie znaliśmy ulicznej rzeczywistości, 15 sierpnia zaczęliśmy ją poznawać na własnej skórze. Pierwsze zderzenie z bezwzględnością, przemocą, brutalną siłą. Znowu bezsilność, bo marsz przeszedł w asyście policji. A my dostaliśmy pierwsze zarzuty z Kodeksu Wykroczeń.

 

Ula Kitlasz:

 

To był dla mnie szok. Ta siła i determinacja z jaką policja torowała drogę nacjonalistom. Teraz już wiem, że to nic nowego.

 

Konrad Korzeniowski:

 

Związaliśmy się na krótko z ruchem Obywatele RP. Byliśmy chyba wszędzie, gdzie wtedy w tej nierównej walce o sądy trzeba było być. Grudniowe noce przed Sejmem i Senatem, ulica Górnośląska.

 

Pytam ich o blokady ekshumacji ofiar katastrofy smoleńskiej. Mimo, że rodziny zmarłych apelowały do władz, że ekshumacja wbrew woli bliskich może być niezgodna z Konstytucją i prawami człowieka, to w kwietniu 2018 roku prokuratura zdecydowała, że nie będzie czekać na decyzję Trybunału Konstytucyjnego. 23 kwietnia Ula i Konrad oraz dziewięć innych osób podjęło próbę blokady ekshumacji Joanny Agackiej-Indeckiej na teranie cmentarza (więcej na ten temat można przeczytać tutaj) przy ulicy Ogrodowej w Łodzi.

 

Ula Kitlasz :

 

Łódź i nieudana próba powstrzymania ekshumacji to było dla mnie przeżycie traumatyczne. Ta przeklęta noc uświadomiła mi czym tak naprawdę jest realna bezsiła. Sytuacja, gdy bez twojej zgody, bez możliwości odwołania, bez racjonalnej argumentacji ktoś narusza najgłębszą, świętą intymność, sacrum. To był dla mnie wyraz skrajnego upadku. Zrozumiałam tam, że wszyscy jesteśmy bezbronni wobec tego rozpędzonego walca bezprawia. Że nikt z nas nie może i nie powinien czuć się bezpieczny, bo nie ma sposobu, żeby się przed nim obronić. To nieistotne, że potem można pisać odwołania i sąd być może nawet uzna je za zasadne. Dokonanego zła, instytucjonalnej przemocy, zapomnieć ani cofnąć się nie da.

 

A doświadczenie graniczne Konrada związane z obywatelskim zaangażowaniem i protestami? Konrad Korzeniowski:

 

Punktem krytycznym był dla mnie 11 listopada 2017. Ten moment, kiedy zrozumiałem, że to nie PiS jest głównym problemem, ale potwór, któremu PiS otworzył na oścież drzwi. Nie ulica Smolna, z której nas policja wywiozła na komisariat, żebyśmy nie zakłócili Marszu Niepodległości, ale poprzedzający ją kontakt pod PKiN. To tam zobaczyłem, twarzą w twarz, bez kordonu policji i bez znieczulenia całą tę nienawiść. Do tego, co zrobił Piotr Szczęsny, do naszej obecności tam, do tego co sobą reprezentujemy. Wszyscy ci „młodzi patrioci”, zmierzający na Marsz Niepodległości… oni w ogóle nie patrzyli na nas jak na ludzi. Zabrali nam podmiotowość. Postawili w narożniku „niepolacy”, „ubecy”, „zdrajcy”. W wielu narożnikach, głównie obelżywych. Bardzo potrzebowali jakoś nas nazwać, zaszeregować. Wszystko dlatego, że nie chcieliśmy dopuścić do zniszczenia miejsca, w którym pan Piotr dokonał swego dramatycznego wyboru. Na końcu tej historii i tak nie do końca nam się udało, bo następnego dnia na murze pojawiły się obrzydliwe napisy, a Anka Jaszuńska została fizycznie zaatakowana kiedy próbowała je usunąć.

 

Jaki mają stosunek do zarzutów, że ich działania uznawane są za radykalne?

 

Ula Kitlasz:

 

W tej nowej, przerażającej rzeczywistości rządów „dobrej zmiany” nie jest wstyd być antysemitą, skopać słabszego, zelżyć, łamać Konstytucję. To jest moim zdaniem radykalizm. Skrajny i skrajnie niebezpieczny.

 

Wojciech Tochman na swoim profilu, pod zdjęciem „radykalnego” napisu (“Czas na sąd ostateczny. Wypierdalać”) na sejmowym murze napisał : “Bezradność, marazm, bierność i strach – tego bandyci od nas teraz oczekują”. W odpowiedzi dostał (a jakże) zarzut o zniżanie się do poziomu pani Pawłowicz. Odpisał: “Możemy się nie zniżać do ich poziomu. Świat przez kilka lat nie chciał się zniżać do poziomu Radovana Karadzicia. Kiedy jego ludzie mordowali w Bośni, on przyjmował europejskich polityków w gabinecie owalnym w genewskim Pałacu Ligi Narodów. Bo taki gabinet mu oddano do dyspozycji. Wszyscy uprzejmie prosili pana Karadzicia, żeby zechciał przestać zabijać, ale on nie zechciał. Myślę, że podobnych przykładów znajdziemy w historii, także tej najnowszej, sporo. Sądzę, że jednak bez naszego zniżenia się, oni nie zechcą przestać zabierać nam wolności”.

 

Dlatego jestem zdania, że dzisiaj blokowanie ulic nie jest radykalne. Skakanie przez barierki przed Sejmem nie jest radykalne. Blokowanie marszu nacjonalistów nie jest radykalne. Kilka świec dymnych w odpowiedzi na setki rac na Marszu Niepodległości to też żaden radykalizm. Napisy na sejmowym murze nie były radykalne, a nie wiedzieć czemu wzbudziły jakieś nieproporcjonalnie wielkie emocje.

 

Konrad Korzeniowski:

 

Bo to o tym jest cała ta opowieść. Nie rozmieniajmy się na drobne. Wszystko, o czym tu rozmawiamy to urywki bitew, tymczasem wojna toczy się o podstawowe wartości. Nie walczymy z konkretną partią polityczną, z jakimś potworem, który wziął się znikąd. Nasz „radykalizm” nie powstał w zaciszu domowym. Jest sumą spotkań z arcyciekawymi ludźmi – Elżbietą Podleśną, Anką Prus, Martą Puczyńską, Rafałem Suszkiem, Aśką Gzyrą-Iskandar, Michałem Wojcieszczukiem… Każde z nich wniosło w nasze postrzeganie rzeczywistości nową perspektywę – w tak wielu obszarach, że jedynym sensownym wnioskiem do jakiego można było dojść jest ten, że ta polsko-polska wojna to nie jest prosty polityczny podział na „my” i „wy”. To wojna kulturowa, efekt wieloletnich zaniedbań, tych w obszarze edukacji społecznej, ale i historycznej. My jako Polacy zatrzymaliśmy się. Wciąż jesteśmy ułanami i wciąż szukamy jakiegoś wroga. I kiedy go realnie nie ma, to go sobie tworzymy albo znajdujemy – a to Unię Europejską, a to Żydów, a to Ukraińców. Demonizujemy wszystko co jest inne i „niepolskie”. Mało tego, jesteśmy na takim urwisku, że niepolscy są dla nas też wszyscy, którzy ośmielają się mieć inne niż prawicowe poglądy.

 

Ula Kitlasz:

 

Uczucie, które mi dziś boleśnie towarzyszy, to wstyd. Do tej pory nie interesowałam się krajem jako takim, polityką. Nie miałam pojęcia jak są procedowane ustawy w Sejmie – ale to wstyd mniejszy niż ten, że nie miałam pojęcia o istnieniu całej rzeszy ludzi, którzy od lat z tym systemem walczą, gdy ja wkroczyłam do akcji dopiero wtedy, kiedy ten system ugryzł mnie osobiście w tyłek. Tymczasem popatrz na tych wszystkich ludzi, którzy od lat karmią osoby w kryzysie bezdomności, blokują nielegalne eksmisje, pomagają uchodźcom, walczą o prawa kobiet, o godność ofiar pedofilów w sutannach, piętnują nadużycia władz i płacą za to słoną cenę. Na tych wszystkich, którzy grubo wcześniej niż ja dostrzegli problem brunatnienia Polski. To się przecież dzieje od wielu lat, nie od nastania rządów PiS-u. To oni są prawdziwymi buntownikami. Ci wszyscy anonimowi aktywiści, którzy nigdy nie doczekali się oczu kamer, czy choćby wzmianki w gazecie. Jestem wdzięczna, że mogę teraz się od nich uczyć, dostrzegać ogrom problemów z jakimi codziennie zmagają się tu ludzie. Tutaj jest pole do prawdziwej walki. O „być albo nie być”. Nas wszystkich.

 

Pytam jeszcze, jak to jest być razem w życiu i na barykadach?

 

Ula Kitlasz:

 

Tak samo dobrze, jak cholernie trudno. Dobrze, bo nie musimy sobie tłumaczyć zasadności naszych „ulicznych” działań. I zawsze możemy je przegadać ze świadomością, że ta druga osoba świetnie ten świat zna i rozumie. Trudno – z tych samych powodów. Każde z nas rozumie, co może się wydarzyć. Rozumie bezsenność, rozumie łzy bezsiły. Słowa „uważaj na siebie” zyskały dla nas zupełnie nowy wymiar. To jest piekielnie trudne. Ale nasze „razem” to przecież nie tylko ulica. To wspólne wychowywanie dzieci, opieka nad niewidomym adoptowanym pieskiem i chodzącą grozą – naszym terytorialnym jak smoczyca kotem, też adoptowanym. Mamy wspólne pasje – filmowanie, odnawianie mebli, czytanie, muzykę, ale też te osobne. Konrad fotografuje, jest wielbicielem staroci, militariów, buszuje w sieci w poszukiwaniu niepowtarzalnych okazów. Ja uczę się szyć, piszę bajki dla dzieci. Życie toczy się na szczęście wielowymiarowo.

 

 

Opracowanie sylwetki: Aleksandra Gieczys-Jurszo

 

Autor zdjęcia profilowego: Spacerowiczka. Autor zdjęcia w tekście: Marek Kraszewski


Opublikowano:





Wesprzyj bunt!