Kaczyński: Unia Europejska to narzędzie dominacji Berlina nad Polską. Prawda czy fałsz?

Udostępnij

Korespondent w Brukseli od 2009 r. z przerwami na Tahrir, Bengazi, Majdan, czasem Włochy i Watykan. Wcześniej przez parę lat…

Więcej

    Politycy PiS, z Kaczyńskim na czele, oskarżają Niemcy o to, że to przez nie Komisja Europejska uzależnia wypłatę funduszy z KPO od przywrócenia rządów prawa. Że Unia to w rzeczywistości ukryta IV Rzesza. A może jednak największe państwo UE odmawia wykorzystywania swej przewagi?     „Ciężkie terminy przyszły na Europejczyków. Niemcy wyłożyły karty […]



 

 

Politycy PiS, z Kaczyńskim na czele, oskarżają Niemcy o to, że to przez nie Komisja Europejska uzależnia wypłatę funduszy z KPO od przywrócenia rządów prawa. Że Unia to w rzeczywistości ukryta IV Rzesza. A może jednak największe państwo UE odmawia wykorzystywania swej przewagi?

 

 

„Ciężkie terminy przyszły na Europejczyków. Niemcy wyłożyły karty na stół i chcą budowy IV Rzeszy. My na to nie pozwolimy” – mówił już prawie rok temu Jarosław Kaczyński na posiedzeniu klubu PiS w grudniu 2021. Celem niemieckiego rządu – wywodził – jest przekształcenie Unii w federację zarządzaną przez Berlin, co – jego zdaniem – oznacza „podporządkowanie nas sobie i odebranie Polakom prawa do samostanowienia”.

 

 

Ta narracja odżywa w PiS przy każdej kolejnej rudzie kłopotów PiS z wypełnianiem warunków tzw. kamieni milowych zapisanych w polskim KPO.

 

 

Oskarżenia o IV Rzeszę ocierają się o inwektywę, ale również wiele innych zarzutów wobec Niemiec oddaje – skazane na zaciemnianie prawdziwego obrazu – miotanie się między skrajnymi tezami o żelaznej dominacji Berlina oraz z drugiej strony zapewnieniami, że Unia jest klubem równych sobie altruistów.

 

 

Pozycja Niemiec w Europie bywa tematem bardzo kontrowersyjnym nie tylko w Polsce. Również na Zachodzie do dziś dają o sobie mocno znać m.in. polityczne blizny po kryzysie finansowym i zadłużeniowym eurostrefy, kiedy wcześniejsze miano Niemiec jako „opornego hegemona” (niechętnego do podejmowania przywództwa) stało się ponurym żartem dla Greków, Portugalczyków, Włochów, Irlandczyków.

 

 

Zdrowe finanse Niemiec, które również z racji swej wielkości były głównym wierzycielem pożyczek pomocowych, oraz ówczesne polityczne (i gospodarcze) osłabienie Francji sprawiły, że głównym decydującym w kwestiach kryzysu zagrażającego istnieniu eurostrefy stał się Berlin. I narzucał ostre zaciskanie pasa, choć tak restrykcyjnej polityce austerity z czasem coraz głośniej sprzeciwiał się nawet Międzynarodowy Fundusz Walutowy.

„Polska podporządkowana Niemcom”

 

 

„W UE obowiązuje zasada »kto silniejszy, ten lepszy«. A ponieważ najsilniejsi są Niemcy, to stara neoimperialna niemiecka koncepcja [Mitteleuropy] wciąż funkcjonuje […]. [Ta koncepcja] znakomicie opisywała planowaną relację polsko-niemiecką. Zakładano, że Polska będzie niepodległa, ale podporządkowana Niemcom i pilnowana, by nie doścignęła Niemiec. To jest w tej chwili realizowane” – przekonywał na początku września 2022 Jarosław Kaczyński na forum ekonomicznym w Karpaczu.

 

 

Pomimo kontrowersji wokół mocnej pozycji Niemiec w Europie, takie twierdzenia o Unii Europejskiej to kompletne stawianie sprawy na głowie.

 

 

Zakładano, że Polska będzie niepodległa, ale podporządkowana Niemcom i pilnowana, by nie doścignęła Niemiec. To jest w tej chwili realizowane. Świętym obowiązkiem polskiego polityka jest przeciwstawianie się tego rodzaju polityce

FAŁSZ. Pomimo kontrowersji wokół mocnej pozycji Niemiec w Europie takie twierdzenia o Unii Europejskiej to kompletne stawianie sprawy na głowie.

Choć UE nie niweluje różnic potencjałów między krajami członkowskimi (i takiego celu nawet nie postawiono w unijnych traktatach), a zatem i mocy wpływów poszczególnych państw, to ustrojowo jest pomyślana tak, by te różnice dość poważnie łagodzić.

 

 

Instrumentem zmniejszania dysproporcji są m.in. wspólne instytucje UE, system głosowań w permanentnej „maszynie negocjacyjnej”, jaką jest Unia, a także prawo weta w kluczowych sprawach, za sprawą czego również niemiecko-francuskie pomysły mogą paść ofiarą sprzeciwu państw z unijnej drugiej (to Polska) lub nawet trzeciej ligi.

Unijny ustrój krępuje siłę Niemiec

 

 

Używając twardej retoryki prezesa PiS można by powiedzieć, że unijny ustrój krępuje siłę Niemiec, ale stąd oczywisty – choć najwyraźniej odrzucany przez PiS – wniosek, że w interesie Polski jest nie atak, lecz dmuchanie i chuchanie na instytucje UE.

 

 

Kanclerz Helmut Kohl zwykł tłumaczyć, że integracyjne więzy to sposób, by na Starym Kontynencie mieć „europejskie Niemcy, a nie niemiecką Europę”.

 

 

To nie tylko skutek doświadczeń II wojny światowej, ale również – im dalej od 1945 roku, tym większej siły nabierał ten argument – efekt dążenia do „unijnej solidarności”, która z definicji opiera się na światłej dbałości o własne korzyści (i dzięki temu jest tak trwała).

 

 

Po prostu współdziałanie w UE daje lepsze efekty niż działanie w pojedynkę – nawet przez Niemcy albo Francję. A przecież wśród powodów, które przed laty uczyniły Berlin głównym adwokatem rozszerzenia UE o Polskę, była – oprócz powodów historycznych i ideowych – również dbałość o korzyści w dziedzinie gospodarki i bezpieczeństwa płynące z przesunięcia linii strefy Zachodu z Odry na Bug.

 

 

Ale to naturalne, że największy kraj Unii – nawet wedle traktowych reguł UE – politycznie musi ważyć w Brukseli więcej od Malty (trudniejsze pytanie, o ile więcej ma ważyć od Madrytu albo Warszawy).

 

 

To uwzględnia również ważenie głosów w Radzie UE (ministrowie 27 krajów Unii), gdzie do osiągnięcia wymaganej większości trzeba krajów obejmujących łącznie 65 proc. ludności Unii (Niemcy to 18,6 proc., Polska to 8,5 proc.).

Na wpół federacyjna wspólnota państw

 

I prawdą jest, że choć Unia jest miksem na wpół federacyjnej wspólnoty państw (czego manifestacją jest wspólny Parlament Europejski) oraz organizacji międzyrządowej (ten aspekt reprezentuje Rada UE), to w ostatecznym rozrachunku pierwsze skrzypce w Unii grają – co widać szczególnie mocno w ostatniej dekadzie – rządy państw członkowskich.

 

 

Komisja Europejska strzeże roli jedynej instytucji UE z inicjatywą prawodawczą (niewielkie odstępstwa od tego monopolu dotyczą m.in. polityki bezpieczeństwa), ale w rzeczywistości duża część projektów powstaje w ostatnich latach z inspiracji lub w konsultacjach z krajami Unii (jak przepisy o interwencji na rynkach energetycznych).

 

 

Taka nieformalna „osmoza” między Komisją i stolicami krajów Unii może nieco uprzywilejowywać graczy najsilniejszych, najzręczniejszych, najbardziej zasiedziałych w Brukseli.

 

 

„UE pewnie pójdzie na wojnę na całego, będzie nakładała kary, spróbują zablokować pieniądze z głównego budżetu. Chcą Polskę złamać i zmusić do pełnej uległości wobec Niemiec, zablokują te fundusze, znajdą nowe preteksty” – przekonywał Kaczyński w sierpniowej rozmowie z Michałem Karnowskim w tygodniku „Sieci”.

 

 

Jeśli takie działania Brukseli – wedle koncepcji prezesa PiS – miałyby być inspirowane przez Berlin, to trudno o bardziej mylny opis wydarzeń ostatnich lat.

To Niemcy hamowały procedury wobec Polski

 

 

To Niemcy były od początku sporów praworządnościowych – w ramach swej politycznej „osmozy” z Komisją Europejską – hamulcowym, nawet w sprawie uruchomienia w praktyce bezzębnej procedury z artykułu 7.

 

To Niemcy wraz z Paryżem temperowały w zeszłym roku konflikt wewnątrz Unii po rozstrzygnięciach składu Julii Przyłębskiej, uderzających w prymat prawa UE. A także to Niemcy – i to nie tylko za kanclerz Angeli Merkel – są krajem najczęściej biorącym na siebie ucieranie unijnych kompromisów z Polską oraz resztą krajów Europy Środkowo-Wschodniej.

 

 

„Powinniśmy byli słuchać tych, którzy znają Putina, mieli z nim do czynienia w przeszłości […] Powinniśmy byli posłuchać głosów podnoszonych wewnątrz naszej Unii: w Polsce, w państwach bałtyckich oraz w państwach Europy Środkowo-Wschodniej. Głosy te mówiły nam od lat, że Putin się nie zatrzyma. W państwach tych podejmowano stosowne działania” – powiedziała 14 września Ursula von der Leyen w swym „orędziu o stanie Unii” w Parlamencie Europejskim.

 

 

W zasadzie nie sposób się nie zgodzić z szefową Komisji Europejskiej, a wcześniej niemiecką minister obrony. A trwająca wojna w Ukrainie utrudnia teraz wdawanie się w niuanse, które konkretnie rządy, w których krajach młodszej części Unii (w tym Polsce) optowały w różnych okresach za najrozsądniejszymi działaniami w polityce wobec Putina – nadal mieszcząc się w nurcie dość jastrzębim z punktu widzenia większości „starej Unii”.

 

 

Jednak to prawda, że oskarżenia m.in. wobec Polski o anachroniczną antyrosyjskość były w Unii elementem „syndromu nauczyciela” u państw starej Europy wobec „nowych”, muszących cywilizacyjnie nadgonić spory dystans do Zachodu (niestety, atak na demokrację w Polsce i Węgrzech nie pozwala łatwo zaprzeczać tej tezie).

Pod parasolem USA

 

 

I choć w kwestiach twardego bezpieczeństwa prawdziwym europejskim liderem od dekad pozostawały Stany Zjednoczone w ramach NATO, to mocna unijna pozycja – polityczna i gospodarcza – Niemiec długo i skutecznie promowała miękką oraz naiwną politykę wobec Moskwy, od której teraz zdystansowała się von der Leyen.

 

 

Budowanie bardzo silnych gospodarczych, w tym energetycznych, współzależności Zachodu z Rosją, nie tylko służyło za priorytet polityki wschodniej, ale też pozwalało zarabiać krocie niemieckiemu biznesowi.

 

 

Niemcom było łatwiej pomijać pytania o zagrożenia dla bezpieczeństwa płynące z takich relacji, bo amerykański parasol obronny przez dekady pozwalał im na zasadniczy brak myślenia strategicznego – pomimo rosnącej niecierpliwości Waszyngtonu, który od kilkunastu lat domagał się korekty takiego modelu zbudowanego dla RFN po II wojnie.

 

 

Wojna w Ukrainie sprawiła, że nagle anachroniczne okazało się już nie środkowoeuropejskie patrzenie na Rosję, lecz niemieckie postrzeganie międzynarodowej roli Unii i Berlina.

 

 

Urodzony w Rosji niemiecki europoseł Sergey Lagodinsky (zielony) krytykował ostatnio kanclerza Olafa Scholza za przywiązanie do postrzegania Unii Europejskiej jako odpowiedzi na II wojnę światową, w której ramach autorytet Niemiec był budowany na pokajaniu się, twardym konstytucyjnym legalizmie, wręcz abstynencji militarnej.

Nie anty-Hitler, lecz anty-Putin

 

 

Ale historia popędziła do przodu, więc zadaniem Unii nie jest już rola swoistego „anty-Hitlera”, lecz przede wszystkim „anty-Putina”, a w takich warunkach autorytetu Niemiec nie można budować bez bardzo mocnego wsparcia dla Ukrainy, również za pomocą dużych dostaw broni do walki z Rosją.

 

 

Dla Polski pozostaje pytanie, jak po stokrotnym wygłoszeniu – owszem, trudnego obecnie do uniknięcia – „a nie mówiliśmy”, pomagać Niemcom w przemianie strategicznego myślenia Berlina. Bez tego będzie bowiem trudno na trwałe zakorzenić w całej Unii priorytet długiego i kosztownego wsparcia dla Ukrainy.



Autor


Korespondent w Brukseli od 2009 r. z przerwami na Tahrir, Bengazi, Majdan, czasem Włochy i Watykan. Wcześniej przez parę lat…


Więcej

Opublikowany

19 września 2022






Inne artykuły tego autora

27.08.2022

Rząd PiS sugeruje, że obejdzie się bez pieniędzy z KPO. Sprawdzamy, co się wtedy stanie

09.07.2022

Kto blokuje KPO? Atak PiS na Jourovą to strzał w stopę [BIELECKI PRAWDĘ Ci POWIE]



Wesprzyj nas!

Archiwum Osiatyńskiego powstaje dzięki obywatelom i obywatelkom gotowym bronić państwa prawa.


10 
20 
50 
100 
200