Hejtowani sędziowie boją się zmasowanych ataków: Nasze zdjęcia trafiały do KastaWatch z podpisem: „To będą nasze następne cele”

Udostępnij

W Archiwum Wiktora Osiatyńskiego od 2017 roku dokumentujemy, analizujemy i objaśniamy zmiany w zakresie praworządności w Polsce.

Więcej

"Każdy z nas musiał liczyć się z tym, że powstaną posty o wyglądzie, intelekcie, zmyślone fakty". Rozmawiamy z sędziami hejtowanymi przez KastaWatch



Bunt

 

W lipcu 2017 roku na ulicach 250 miast w całej Polsce odbywały się protesty przeciwko rządowym projektom zmian w sądownictwie. 21 lipca w Warszawie protestowało 100 tysięcy ludzi. Jedną z kilku organizowanych wówczas akcji protestacyjnych był tzw. łańcuch światła, zainicjowany przez Stowarzyszenie Sędziów Polskich „Iustitia”, przeprowadzony wspólnie z organizacją Akcja Demokracja.

 

Bartłomiej Przymusiński, sędzia Sądu Rejonowego Poznań-Stare Miasto:

 

– Zgadzałem się z wieloma diagnozami polityków Prawa i Sprawiedliwości, że w sądach są rzeczy do zmiany, że konieczna jest zmiana wyboru sędziów do KRS oraz pozycji prezesów, bo mieli coraz więcej do powiedzenia. Tak uważałem w 2015 roku, ale kiedy rok później rozgorzała walka o Trybunał Konstytucyjny, zarówno ja, jak i inni sędziowie w Iustitii od początku wiedzieliśmy, że nadchodzą bardzo trudne czasy. W kolejnym roku zaatakowano Sąd Najwyższy.

 

Właśnie trwał festiwal w moim miasteczku, w Jarocinie. Byli u mnie znajomi, także sędziowie. Nagle dowiadujemy się, że pod obrady Sejmu trafia projekt zmian w Sądzie Najwyższym, że mają być wymieniani sędziowie w trakcie trwania kadencji. Czujemy się, jakby ktoś nas obrabował, okradł nam cały dom, to było coś szokującego. Dla nas Sąd Najwyższy to jest coś najcenniejszego, to taka… świątynia jakby. I widzimy, że ma być z brutalną siłą zaatakowany. Powiedziałem wtedy: zróbmy „łańcuch światła”. Rzuciłem ten pomysł, żeby w proteście otoczyć budynek sądu łańcuchem świec.

 

Mieliśmy obawy – jak to wyjdzie, czy nie narazimy się na śmieszność. Efekty przerosły nasze jakiekolwiek wyobrażenia. Liczyliśmy na to, że będzie nas tam kilkadziesiąt osób, może sto lub dwieście, a zebrało się kilkanaście tysięcy. Dzisiaj wspomnienie tamtej chwili daje mi siłę. Nigdy tego nie zapomnę – ten plac przed Sądem Najwyższym, ludzie, muzyka Chopina, wzruszenie.

 

Tamto lato to był szczególny czas. Jakbym się dowiedział o wybuchu wojny. Że trzeba iść na front. To poczucie obowiązku. Był też element strachu, że może lepiej zostać w domu, zamknąć się… Bo jak to się skończy? Ale jak zobaczyłem tych wszystkich ludzi na placu Krasińskich…

 

Marta Kożuchowska-Warywoda, sędzia Sądu Rejonowego dla Warszawy-Woli: Czym dla sędziego jest Sąd Najwyższy? Jak byłyśmy na pierwszym roku aplikacji, gdy po korytarzu szedł prezes Sądu Najwyższego Stanisław Dąbrowski, to stawałyśmy na baczność, żeby powiedzieć „dzień dobry”. Same z siebie, nikt nam nie kazał.

 

Kiedy władza chciała dokonać próby odwołania sędziów Sądu Najwyższego, powiedziałam sobie – to jest wojna.

 

Dlaczego postanowiłam się sprzeciwić? Byłam zbuntowaną nastolatką i aktywistką w okresie, kiedy chodziłam do liceum. Słuchałam punk rocka i mocno identyfikowałam się z kontrkulturą. Przy okazji różnych demonstracji rozdawałam ulotki Federacji Anarchistycznej. I pewnie to gdzieś pozostało, skłonność do głośnego sprzeciwiania się temu, co uważam za niewłaściwe. Gdzieś w głębi serca pozostajemy idealistami.

 

Wtedy, w lipcu 2017 roku, czułam, że się nie poddamy. Zrobiłam coś, czego w innych okolicznościach nigdy bym nie zrobiła. Z sędzią Waldemarem Żurkiem poszłam pod Sejm na demonstrację i weszłam tam na scenę, i zaprosiłam ludzi pod Sąd Najwyższy na „łańcuch światła”. I mało nie umarłam ze strachu, że stoję przed tłumem ludzi, na scenie, na demonstracji. I wtedy też dostałam pierwszą falę hejtu od Małej Emi.

 

KastaWatch: hejt

 

KastaWatch to nieformalna grupa użytkowników Twittera (była wśród nich m.in. Emilia Sz., tzw. Mała Emi, Emi), która poprzez oszczerstwa i pomówienia prowadzi kampanię nienawiści przeciwko sędziom sprzeciwiającym się zmianom w sądownictwie wprowadzanym przez rząd Prawa i Sprawiedliwości.

 

Marta Kożuchowska-Warywoda: Moje zdjęcie, jak stoję na tej scenie pod Sejmem, trafiło na pierwszą stronę „Gazety Polskiej”. Zadzwonił do mnie jeden z zaprzyjaźnionych redaktorów i powiedział, że „mam czołówkę”. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, co to znaczy „mieć czołówkę”. I natychmiast tweety pod tym zdjęciem zaczęły być rozprzestrzeniane w sieci przez panią Emi. W telewizji publicznej na pasku pojawiła się informacja, że reformie sądownictwa sprzeciwiają się „obrońcy pedofilów i alimenciarze”. Do mnie, jak przypuszczam, odnosił się pierwszy epitet. Wówczas w sieci był dostępny tylko jeden artykuł na mój temat, nosił tytuł: „Sędzia wypuściła pedofila”. Na posiedzeniu aresztowym rzeczywiście nie zastosowałam aresztu wobec bardzo młodego człowieka, który próbował pocałować 12-latkę w autobusie.

 

Okazało się, że był to człowiek chory psychicznie, który na chwilę uwolnił się spod kontroli rodziców.

 

Zostałam okrzyknięta „obrońcą pedofilów” i czułam się tak, jakby ktoś mnie znokautował. Nie, nie poryczałam się, ja z tych nieryczących. Zgrzytałam zębami. Czułam wściekłość. I jeszcze to, że już nic mnie nie zatrzyma.

 

Hejt na mój temat był praktycznie przez cały czas, choć nie był tak dolegliwy jak wobec innych sędziów. I zwykle nie robił na mnie większego wrażenia.

 

Jeden wpis na KastaWatch szczególnie mnie zabolał. Jako stowarzyszenie Iustitia organizowaliśmy w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich spotkania z prawnikami z udziałem publiczności. Jednym z gości takiego spotkania był prof. Jerzy Stuhr. Zdjęcia trafiły do KastaWatch, pod moim był podpis: „Spotkanie prowadziła sędzia Marta Kożuchowska, ma dziewczyna parcie na szkło, szkoda, że nie na pracę”. Ten wpis zabolał mnie najbardziej. Bo ja bardzo dużo pracuję.

 

Monika Frąckowiak, sędzia Sądu Rejonowego Poznań-Nowe Miasto i Wilda: Zastanawiałam się nad tym, dlaczego wzięto mnie na celownik. Jestem zwyczajnym sędzią sądu rejonowego. Ale zaczęłam występować w mediach i zaczęłam reprezentować Iustitię na arenie międzynarodowej. Zaczęła się akcja na Twitterze. „Frąckowiak, zaraz cię dopadniemy”, że to tylko kwestia czasu, dużo wulgarnych słów, których nie będę powtarzać. Trudno powiedzieć, jakie konkretne zarzuty mi wtedy stawiano. To były głównie wyzwiska.

 

Fatalne uczucie. Cieszę się, że rodzice i dzieci nie korzystają z Twittera, że to do nich nie dociera. Ale dzieci oczywiście wiedziały, że coś się dzieje, słyszały rozmowy i starsza córka zapytała: „Mamo, ale z tobą nie będzie tak jak z tymi sędziami z Turcji, którzy trafili do więzienia?”. Powiedziałam jej, że Polska jest krajem demokratycznym, że jesteśmy w Unii Europejskiej i tutaj za poglądy nikt nikogo nie wsadza do więzienia.

 

Katarzyna Kałwak, sędzia Sądu Rejonowego w Oleśnie: Na KastaWatch jestem opisywana jako troll twitterowy. Jest ankieta robiona na mój temat, w której ludzie głosują, czy jestem trollem twitterowym, czy nie. A ja nawet nie mam tam konta. I są tam zamieszczane pełne pogardy wpisy o tym, że byłam woźną sądową. A to akurat jest prawda, zaczynałam pracę w sądzie od funkcji woźnej sądowej, jednak na pewno nie jest to powód do okazywania pogardy. Z drugiej strony to dowód na to, że osoby z KastaWatch mają dostęp do moich akt osobowych, bo ta informacja o początkach mojej pracy w sądzie stąd właśnie pochodzi.

 

Na KastaWatch jest też napisane, że moja mama to sędzia Zofia Kałwak, która orzekała w czasach komunizmu. Tymczasem ja mam nazwisko po mężu, moja mama nazywa się inaczej i nigdy nie orzekała. Wszystko wyssane z palca, ale ludzie czytają i myślą sobie, że może jest w tym jakieś źdźbło prawdy.

 

Dwa tygodnie temu powstał anonim, który był napisany tak, jakbym ja sama go pisała, że oto ja, Katarzyna Kałwak, zbieram pieniądze na obronę innej sędzi, zresztą mojej przyjaciółki, bo ta będzie musiała wynająć adwokata, bo grozi jej sprawa dyscyplinarna. I dalej opisane jest, jak się bawiłam na Pol’and’Rock, że każę nazywać się dalej prezesem sądu, bo nie mogę przeżyć, że mnie odwołano, i że się szykuję do Sądu Najwyższego. Oczywiście to wszystko nieprawda. Ten anonim został rozesłany do wszystkich instytucji sądowych w całym kraju i do ministerstwa.

 

Krystian Markiewicz, sędzia Sądu Okręgowego w Katowicach, prezes zarządu Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”: Rok temu był rozsyłany paszkwil na mój temat. Stworzono alternatywną historię mojego życia. Nieprawdą było nawet to, gdzie się urodziłem. Część informacji dotyczyła mojego pierwszego małżeństwa. Ja oczywiście nie traktuję pierwszego małżeństwa jako czegoś złego czy wstydliwego, ale uważam, że to jest moja prywatna sprawa. Tak samo nie uważam, żeby kwestie dotyczące życia prywatnego mojej obecnej partnerki mogły być przedmiotem dyskusji innych osób. Tak samo informacje dotyczące mojej – nazwijmy to – kariery zawodowej, naukowej to był stek bzdur.

 

Co czuje człowiek, czytając takie rzeczy o sobie? Jasne, że to jest wściekłość. Jest tym większa, gdy się w to zaczyna wplątywać osoby bliskie, tym większa, gdy informacje są przeinaczane, koloryzowane czy po prostu kłamliwe.

 

Urszula Żółtak, sędzia Sądu Rejonowego dla Warszawy-Mokotowa: Pierwszy raz o istnieniu KastaWatch przekonałam się w grudniu 2018 roku. Odbywał się Kongres Praw Obywatelskich organizowany przez Rzecznika Praw Obywatelskich. W trakcie tego kongresu 11 sędziów, między innymi ja, zrobiło sobie zdjęcie w koszulkach z poszczególnymi literami składającymi się na słowo „konstytucja”.

 

Kilka dni po tym wydarzeniu Mała Emi wrzuciła to zdjęcie do internetu i zadała pytanie: „Rozpoznajecie te twarze?”. Następnie zobaczyłam, że każda z osób na zdjęciu opisana jest z imienia i nazwiska.

 

Każde nazwisko opatrzone obraźliwymi epitetami. Pod tym już była fala ostrego hejtu w komentarzach. Pomyślałam – jak to się stało, że zostałam zidentyfikowana? To było moje pierwsze zdjęcie z Iustitią, byłam kompletnie nieznana. Stało się dla mnie jasne, że za grupą KastaWatch stoją ludzie, którzy nas dobrze znają, również sędziowie. Zaczęłam rozglądać się po kolegach z pracy, ze swojego sądu, bo wiedziałam, że mają znajomych w Ministerstwie Sprawiedliwości – kto mógł podpowiedzieć? Dziwne uczucie, siedzę obok kolegów i się zastanawiam – który?

 

Potem były kolejne akcje Iustitii, robiono nam zdjęcia, które trafiały do KastaWatch z podpisem: „To będą nasze następne cele”. Każdy z nas musiał liczyć się z tym, że jego zdjęcie może trafić do tej grupy, że zaczną wyciągać jakieś informacje, powstaną posty o wyglądzie, intelekcie, zmyślone fakty dotyczące życia osobistego, że za chwilę może pojawić się spreparowany totalnie post na jego temat, niekorzystne zdjęcie, informacje o dziesiątkach nieślubnych dzieci, kochanków, i teraz jak tłumaczyć wszystkim wokół, że to nieprawda.

 

Politycy

 

Monika Frąckowiak: Pierwszym programem telewizyjnym, w którym wystąpiłam, w lutym 2017 roku, było „Studio Polska” w telewizji publicznej TVP Info, prowadzone przez Magdalenę Ogórek. Debata miała dotyczyć stanu sądownictwa w Polsce. Na żywo, z publicznością, wyglądało to jak potyczka gladiatorów. Atmosfera była taka, że potem znajomi do mnie dzwonili i pytali, czy wszystko ze mną w porządku. Wszyscy nas atakowali za to, że jesteśmy krytyczni wobec wprowadzanych zmian, wyglądało, jakby chcieli nas pobić w tym studiu. Ale potem, po programie, jak zeszliśmy z anteny, ci sami ludzie do nas podchodzili, potrzebowali porady prawnej, ustawiła się kolejka i przez dwie godziny udzielaliśmy porad – alimenty, rozwody, „pani sędzio, bo pani chyba nie jest tak do końca takim złym człowiekiem”. Kończyliśmy już po północy.

 

Podszedł do mnie jeszcze ktoś. Po emisji programu, jeszcze w studiu. To był poseł Janusz Sanocki i powiedział: „Wy, sędziowie, zawiśniecie kiedyś na latarniach”. Jego słowa zrobiły na mnie wrażenie, bo to jednak był poseł Rzeczpospolitej. To było mrożące: przedstawiciel władzy nie czuje skrępowania czy obiekcji, żeby coś takiego powiedzieć… Nie, nie mam świadków, jeśli zaprzeczy, będzie to słowo przeciwko słowu.

 

Marta Kożuchowska-Warywoda: Dla mnie wstrząsające były słowa posłanki Krystyny Pawłowicz. Podczas rozpatrywania mojej kandydatury na stanowisko sędziego wojewódzkiego sądu administracyjnego pani Pawłowicz wstała i głośno powiedziała, że nie po to była reforma sądownictwa, by takie osoby jak ja, które paliły świeczki pod sądami, mogły awansować. To był moment dla mnie przełomowy. Wcześniej może się domyślaliśmy, ale teraz stało się jasne, że politycy mają czarną listę sędziów, których nie będą dopuszczać do awansów.

 

Katarzyna Kałwak: Największym ciosem dla mnie było, gdy usłyszałam, że nienawidzę swojej ojczyzny. Tak powiedział Jarosław Kaczyński, nie o mnie osobiście, ale o sędziach w ogóle. Ale ja jestem sędzią, więc o mnie też to powiedział. Wzięłam to do siebie. Bardziej mnie to dotknęło niż samo odwołanie.

 

Odfaksowani

 

Od 12 sierpnia 2017 do 12 lutego 2018 roku minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro odwołał 75 prezesów i 73 wiceprezesów sądów powszechnych oraz 2 prezesów i 8 wiceprezesów sądów wojskowych. Rzecznik dyscyplinarny przy nowej Krajowej Radzie Sądownictwa, powołanej w 2018 roku, wszczął szereg postępowań dyscyplinarnych wobec sędziów publicznie krytykujących wprowadzane zmiany w sądownictwie.

 

Monika Ciemięga, sędzia Sądu Rejonowego w Opolu: Myślałam, że jestem gotowa na odfaksowanie. A jednak te emocje były silne, zaskakująco silne.

 

Odfaksowanie to takie nowe słowo stosowane w polskim sądownictwie. Oznacza nowy sposób odwoływania ze stanowisk prezesów sądów w Polsce.

 

11 listopada były duże czystki na Śląsku. Która apelacja będzie kolejna, który okręg będzie kolejny? Było wyczuwalne napięcie. Zastanawiałam się, czy będę w gronie odfaksowanych. Bo w takich okolicznościach to wstyd nie być odfaksowanym, ale z drugiej strony to napięcie cały czas towarzyszy człowiekowi. To był grudzień, akurat byłam na sali rozpraw. Od odfaksowanej już wiceprezes sądu okręgowego dostałam SMS-a, ona wiedziała już, że ja też… Po rozprawie poszłam do sekretariatu, tam zobaczyłam faks, to było jedno zdanie – bez słowa wytłumaczenia, bez podania żadnego powodu mojego odwołania. Za to z wielką parafą wiceministra Piebiaka, parafa była większa niż treść samego pisma. Dlaczego taki duży był jego podpis? Mam na ten temat pewną hipotezę, ale raczej nie nadaje się do publikacji.

 

Wtedy nie potrafiłam opisać, nazwać swoich emocji. Nie potrafiłam, bo nigdy nie byłam ofiarą przemocy. Potem, po kilku tygodniach, już mogłam nazwać te uczucia. To była przemoc. Jestem sędzią rodzinnym i wiem, jak objawia się przemoc, na różne sposoby. Często taką formę agresji – symbolicznej – stosuje sprawca wobec ofiary. Osoba poddana takiej przemocy czuje bezsilność i niemoc. Również upokorzenie. Nagle w tamten grudniowy dzień to wszystko poczułam. Wcześniej takie doświadczenia były mi kompletnie nieznane.

 

Nie pamiętam, czy płakałam. Naprawdę tego nie pamiętam. Chyba nie.

 

Monika Frąckowiak: Zaczęło się od anonimu, który wpłynął do Krajowej Rady Sądownictwa, a potem został przekazany rzecznikowi dyscyplinarnemu do prowadzenia postępowania przeciwko mnie. Ktoś donosił o moich krytycznych wobec ministerstwa wypowiedziach w mediach i na forum międzynarodowym, i ogólnie, że moje zachowanie jest „niegodne sędziego”. Rzeczywiście, nazwałam wiceministra sprawiedliwości Łukasza Piebiaka „haniebną postacią sądownictwa polskiego” – to była moja najostrzejsza wypowiedź. Potem była druga dyscyplinarka, za udział w festiwalu Pol’and’Rock, gdzie w todze i z łańcuchem sędziowskim przeprowadzałam symulację rozprawy sądowej – i to też miało być zachowanie „niegodne sędziego”. Obydwa postępowania dyscyplinarne rozśmieszyły mnie, w tamtym momencie nie miało to dla mnie żadnego znaczenia.

 

Z początku lekko sobie traktowałam moje dyscyplinarki i hejt w internecie, ale z czasem wszystko zebrane razem, ze słowami posła, zaczęło powodować, że ciężar gatunkowy tych doświadczeń był coraz większy. Do tego w tym czasie coraz więcej pracowałam w Iustitii, potem siedziałam po 12 godzin w pracy, żeby nadrobić zaległości.

 

W tym gorącym okresie miałam lot do Frankfurtu. Gdy wsiadałam do samolotu, dostałam „na twarz” informację, że rzecznik dyscyplinarny zażądał od prezesa sądu wszystkich danych dotyczących mojego orzecznictwa, pisania uzasadnień, opinie na mój temat za okres czterech lat. Poczułam się osaczona i wiedziałam, że nic dobrego z tego nie wyniknie.

 

Czułam, że nawet ja, sędzia, występująca w telewizji, za którą stoją Iustitia i dziesiątki tysięcy ludzi wychodzących na ulicę w obronie sądów, jestem w gruncie rzeczy bezradna, bez szans wobec machiny państwa.

 

Całą drogę do Niemiec ryczałam. To był taki moment, ale się szybko ogarnęłam.

 

Wkrótce potem rzecznik dyscyplinarny wszczął wobec mnie kolejne, trzecie postępowanie. Napisałam oświadczenie, w którym odparłam zarzuty.

 

To był luty tego roku. Najpierw na KastaWatch pojawiła się informacja: „Już masz zarzuty i teraz cię załatwią”, a następnego dnia rano pojawił się komunikat rzecznika dyscyplinarnego powielający te zarzuty, które ja wcześniej sprostowałam. W skrócie chodziło to, że spóźniam się z uzasadnieniami wyroków, że mało i źle pracuję. Rozniosło się to po internecie. Dzień później miałam jechać na ferie i wtedy poczułam się koszmarnie. Takie zarzuty w oczach wielu moich znajomych… Nie mówili tego wprost, ale ja to czułam: że myślą, że może jednak coś jest na rzeczy, że jestem złą sędzią, że jestem leniwa. To zabolało najbardziej, znacznie bardziej niż hejt na Twitterze. Jechałam do Czech na narty i przez całą drogę ryczałam. Potem jeździłam na nartach, marzyłam, żeby wjechać w zaspę, zakryć się śniegiem, zakopać i tam zostać.

 

Półtora miesiąca trwało, zanim doszłam do siebie. Ale dzisiaj jestem już silniejsza.

 

Afera Emi i Piebiaka

 

W sierpniu 2019 roku ujawniono fakty, które zyskały miano afery „emigate” lub „piebiakgate”. Media (portal Onet.pl, „Gazeta Wyborcza”) podały do publicznej wiadomości, że członkowie grupy KastaWatch byli inspirowani, prowadzeni i nagradzani przez wiceministra Łukasza Piebiaka i urzędnika w Ministerstwie Sprawiedliwości Jakuba Iwańca, a także przez innych sędziów awansowanych (między innymi do Krajowej Rady Sądownictwa) przez ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobrę.

 

Monika Ciemięga: Gdy dowiedziałam się o wybuchu afery, z jednej strony nie byłam zdziwiona, spodziewałam się tego. Ale i tak mną wstrząsnęła – a najbardziej to, że do tej gry ktoś chciał wciągnąć kilkuletnie dziecko Krystiana Markiewicza. Ataki na rodziny, na dzieci… To jest najgorsze.

 

Krystian Markiewicz: W opublikowanej korespondencji między hejterami pada imię mojego synka, który miał wówczas pięć lat. Zastanawiają się, czy „przez niego” można mi jakoś zaszkodzić. Wchodzenie komuś w życie prywatne, pisanie o tym i rozsyłanie w świat takich historyjek – to już jest niegodziwe. Dla każdego rodzica, normalnego rodzica, dziecko to świętość. Dla mnie tak jest. Wrzucanie mojego synka do tego hejterskiego, śmieciowego obiegu to już jest dno dna. I to wszystko przygotowane i przeprowadzone przez moich byłych kolegów, mam na myśli Łukasza Piebiaka i Jakuba Iwańca, którzy są tchórzami.

 

Są nędznymi tchórzami. Jeśli mają odwagę, niech staną do dyskusji. Co mogą powiedzieć poza robieniem hejtu na mój temat, przysyłaniem mi SMS-ów przez Iwańca: „Jakim prawem, sędzio szmaciarzu, wypowiadasz się w naszym imieniu”? Na to ich stać, tylko na to. Oni są karierowiczami, którzy niszczą państwo polskie.

 

Marta Kożuchowska-Warywoda: Po wybuchu afery okazało się, że za tymi wpisami stoją moi byli koledzy sędziowie. Pyta pan, co czułam, jak to wyszło na jaw… Nie mogę tego powiedzieć wprost, bo to nie nadaje się do publikacji. Ale przyznam, że wtedy czułam chęć rozwiązania sprawy w bardzo prosty, rzekłabym – męski sposób. Być może to niewłaściwe, ale jeśli mnie pan pyta o emocje, uczucia, to takie właśnie były.

 

Strach

 

Katarzyna Kałwak: Szczerze mówiąc, specjalnie się tym hejtem nie przejmowałam. Czytałam to i myślałam: Boże, jakie bluzgi, jacy marni ludzie. A może ktoś miał gorszy dzień, nie lubi mnie, denerwuję go, trudno. Grupa frustratów i tyle.

 

Tak myślałam, ale w ostatnich dniach to się zmieniło, kiedy odsłonięte zostały mechanizmy tego procederu. Teraz, po wybuchu afery, po ujawnieniu roli wiceministra Piebiaka i innych, zaczęłam się bać. Tak, teraz się boję, bo zobaczyłam, że za tymi wpisami stoją urzędnicy Ministerstwa Sprawiedliwości, i widzę, że nie ma zdecydowanego działania prokuratorskiego, że premier, rząd nie odbierają tego jako atak na państwo, na władzę sądowniczą, i nie ma natychmiastowej reakcji. Boję się o interes publiczny – bo sędziowie są pozbawieni ochrony – ale boję się też zmasowanego ataku na mnie. Przecież w moich aktach osobowych może znaleźć się informacja o zwolnieniu lekarskim, jakiś wniosek o urlop dla poratowania zdrowia na przykład, bo będę chora. I w ten sposób o mojej chorobie dowiedzą się wszyscy wokół, całe środowisko w Polsce, i jeszcze powstanie na ten temat program w telewizji.

 

Mechanizm widać dokładnie na niektórych przykładach szkalowania nas, sędziów: najpierw jest pomówienie, potem nagłaśnia je telewizja narodowa, a na koniec wchodzi do gry prokurator reprezentujący „wzburzony naród”.

 

I tak się człowiekowi serwuje śmierć cywilną. I tego się właśnie boję. Boję się podsłuchów, ale nie jestem w stanie się przed nimi uchronić. Wiem, że aparat państwa ma służby, które może przeciwko mnie wykorzystać, i cokolwiek bym zrobiła, nie obronię się przed tym.

 

Bartłomiej Przymusiński: Dla mnie zdradą jest odejście kilku osób z Iustitii do ministerstwa, niezależnie od tego, jaka partia rządzi. To jest przejście na drugą stronę mocy, bo my jesteśmy od tego, żeby patrzeć ministerstwu na ręce. Kilka osób, z którymi współpracowałem, poszło na współpracę z aparatem sprawiedliwości ministra Ziobry. Jak to brzmi? Jak z czasów PRL-u? Nie dbam o to. Uważam że przyjęcie funkcji prezesa po odwołanym prezesie sądu jest niegodne. Niegodne jest przyjęcie stołka dzięki politycznej decyzji. Nie może być wśród moich przyjaciół kogoś, kto jest zaliczany do tej ekipy – grona nominatów ministra Ziobry.

 

Nie zaufałbym takiej osobie. Za przyjęciem funkcji prezesa idą określone profity finansowe. W moim najbliższym otoczeniu są trzy takie osoby. Byliśmy kolegami. Teraz już nie jesteśmy.

 

Najgorsze nadejdzie, kiedy strach zacznie rządzić ludźmi. To będzie początek końca, gdy sędziowie zaczną żyć w strachu. A jesteśmy milimetry od tego. Ja sam skłamałbym, gdybym powiedział, że nigdy się nie boję, ale myślę, że jestem gotowy na wiele.

 

Kiedy się idzie na wojnę, trzeba założyć, że się z niej nie wróci. W naszym przypadku taka „śmierć na froncie” oznacza wydalenie z zawodu sędziego. I musimy się z tym liczyć, że to może być cena za nasz sprzeciw. Ale być może cena będzie wyższa. Widzimy wiele podobieństw do tego, co dzieje się w Turcji, a tam sędziowie przecież siedzą w więzieniach.

 

Liczę się też z tym, że mogę być następnym celem ataku hejterskiego. Emocjonalnie chyba nie można się do tego przygotować, ale wiem, że nie mam sobie nic do zarzucenia. Nie ma rzeczy, które byłyby gdzieś głęboko schowane. Nie mam kochanki, więc nie ma o czym pisać, ale rozumiem, że to może nie mieć znaczenia i mogę się dowiedzieć z tweeta, że jednak ją mam… Jest wojna i nie wiesz, czy ten pocisk tym razem ciebie trafi, czy spadnie obok. Pociski latają dookoła, a ty biegniesz przed siebie.

 

Monika Frąckowiak: Dla mnie najważniejsze jest to, żeby córki wiedziały, że kiedyś mama stanęła po właściwej stronie. Chciałabym, żeby mogły być ze mnie dumne.

 

Monika Ciemięga: Dzisiaj liczę się z tym, że mogę przestać być sędzią, ale dalej sprzeciwiam się temu, co się dzieje, i nawet jeśli to nic nie da, to przecież pozostanie nasze świadectwo. Musimy dawać świadectwo.

 

Zawsze sobie tłumaczę, że strach tnie głębiej niż miecze – to z „Gry o tron”. Filmu nie oglądałam, ale książkę przeczytałam z zapartym tchem. Ważne dla mnie są słowa Vacláva Havla: „Nadzieja to nie tyle przekonanie, że coś się dobrze skończy, co pewność, że coś ma sens niezależnie od tego, jak się skończy”.

 

Powiedziałam mężowi, do którego adwokata ma zadzwonić w razie czego. Nie, nie żartuję.

 

Marta Kożuchowska-Warywoda: Nie jestem optymistką. Nie wierzę, że zwycięstwo przyjdzie lekko, łatwo i przyjemnie. Nie będzie tak, że obudzimy się pewnego dnia, na przykład w październiku, i wszystko, co złe, będziemy mieli za sobą. Nie da się ot, tak odkręcić, odwołać zmiany, procesy już ruszyły. Mamy bezprawnie powołanych sędziów, oni już wydali szereg wyroków… I czuję niewyobrażalny smutek, że to się wszystko wydarzyło. Smutek dlatego, że jestem przekonana, że żadna partia rządząca, jakakolwiek, nie zechce pozbawić się tej władzy, którą uzyskała teraz na skutek zmian w sądownictwie. Nie wierzę, że jakaś partia dobrowolnie zrezygnuje z możliwości wpływania na sądy i sędziów. Nie wierzę, że politycy – takiej czy innej opcji – będą obrońcami praworządności. Co może się zmienić? Zawsze protestowaliśmy przeciwko zakusom polityków wobec sądownictwa. Tylko że kiedyś strzelali do nas z wiatrówki, a teraz rozjeżdżają nas walcem. Być może wrócimy kiedyś do stanu, w którym znowu będą „tylko” strzelać do nas z wiatrówki.

 

Urszula Żółtak: KastaWatch uderzała celnie, widać było, że mieli rozpracowane psychologicznie osoby. Te uderzenia naprawdę bolały. Ci ludzie czuli się pewnie, mieli wszystko: stanowiska, możliwości, cały aparat władzy do wykorzystania do swoich celów. Dlaczego mówię w czasie przeszłym? No właśnie. Przecież KastaWatch nadal działa, wciąż sieje nienawiść.

 

Źródło: http://wyborcza.pl/duzyformat/7,127290,25137625,hejtowani-sedziowie-boja-sie-zmasowanych-atakow-nasze.html. Dziękujemy za możliwość przedruku tekstu.

 


 

Kwestie dotyczące praworządności w Polsce oraz w całej Unii Europejskiej będziemy dalej monitorować oraz wyjaśniać na łamach Archiwum Osiatyńskiego, a także – po angielsku – na stronie Rule of Law in Poland.

 

Podoba Ci się ten artykuł? Zapisz się na newsletter Archiwum Osiatyńskiego. W każdą środę dostaniesz wybór najważniejszych tekstów, a czasem również zaproszenia na wydarzenia.



Autor


W Archiwum Wiktora Osiatyńskiego od 2017 roku dokumentujemy, analizujemy i objaśniamy zmiany w zakresie praworządności w Polsce.


Więcej

Opublikowany

3 września 2019





Inne głosy w debacie



Inne artykuły tego autora

21.10.2019

List otwarty G. T. Pagone Prezesa Międzynarodowego Stowarzyszenia Sędziów (IAJ) do Prezydenta RP Andrzeja Dudy

10.10.2019

W sprawie przyszłości polskiej demokracji. List otwarty naukowców

04.10.2019

Iustitia składa zawiadomienie do prokuratury na pracowników Ministerstwa Sprawiedliwości nękających sędziów

23.09.2019

Nie będziesz z nami? Zniszczymy cię. Rozmowa z sędzią Waldemarem Żurkiem

20.09.2019

Konferencja Ambasadorów: od wyniku wyborów 13 października zależeć będzie ustrój naszego państwa, nasza pozycja w Europie i świecie oraz nasze bezpieczeństwo

20.09.2019

RPO do KRS w sprawie antysemickich wpisów

03.09.2019

„Rzecznicy dyscyplinarni M. Lasota i P. Radzik przekroczyli prawo”

03.09.2019

Nic nie zniechęci mnie do otwartego działania na rzecz praworządności

27.08.2019

Apel Pierwszego Prezesa SN do członków Krajowej Rady Sądownictwa z dnia 27 sierpnia 2019 roku

27.08.2019

List otwarty Konferencji Ambasadorów RP do Donalda Trumpa

26.08.2019

Apel Stowarzyszenia Sędziów „Themis” z dnia 26 sierpnia 2019 r. w sprawie tzw. „afery Piebiaka”

25.08.2019

Zrezygnujcie ze stanowisk! Apel Iustitii w związku z aferą hejterską

20.08.2019

Stanowisko HFPC ws. doniesień medialnych o zorganizowanych działaniach szkalujących sędziów

10.08.2019

Stanowisko okręgowej rady adwokackiej z dnia 6 sierpnia 2019 roku w sprawie nowelizacji kodeksu postępowania karnego

05.08.2019

Ekspert: Kuchciński latał poza prawem i obyczajem. To podręcznikowa korupcja

31.07.2019

Stanowisko Stowarzyszenia Sędziów THEMIS dot. odmowy wykonania prawomocnego wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego

24.07.2019

Raport HFPC: Czas próby. Sędziowie wobec zmian w wymiarze sprawiedliwości

19.07.2019

Ursula von der Leyen: Praworządność to święta wartość Unii. Pierwszy wywiad nowej przewodniczącej Komisji Europejskiej

15.07.2019

Uchwała Stałego Prezydium Forum Współpracy Sędziów z dnia 08.07.2019

10.07.2019

Adam Bodnar w Senacie: „Jeszcze rok i dwa miesiące nie będę dawał władzy spokoju. Bo tak przysięgałem”



Wesprzyj nas!

Archiwum Osiatyńskiego powstaje dzięki obywatelom i obywatelkom gotowym bronić państwa prawa.


10 
20 
50 
100 
200