Wiatrowski i Wójcik: Demokracja kończy się nie hukiem, ale skomleniem

Udostępnij

Historyk i badacz dyskursu ekonomicznego, doktoryzuje się na Uniwersytecie Yale. Współpracuje m.in. z "Gazetą Wyborczą" i OKO.press.

Więcej

"Demokracja" jest pewnym ideałem. Żaden z krajów w rankingu "Narody w czasie przemian" nie dostał 7 na 7 punktów. Warto jednak spojrzeć, jaka odległość dzieli Polskę od ideału.



Anna Wójcik oraz Miłosz Wiatrowski są autorami rozdziału dotyczącego Polski w raporcie „Nations in Transit 2020” wydanym w tym tygodniu przez Freedom House. Nie są odpowiedzialni za oceny przyznane Polsce w ramach raportu – te zostały przygotowane i zatwierdzone przez ekspertów Freedom House.

 

Polska po raz czwarty z rzędu zanotowała drastyczny spadek w corocznym rankingu demokracji w naszym regionie opartym na raporcie „Nations in Transit” (Narody w czasie przemian) tworzonym przez amerykański think tank Freedom House. W tegorocznym wydaniu, obejmującym trendy z roku 2019, Polska po raz pierwszy utraciła status pełnej demokracji i trafiła do grupy państw demokracji niepełnej (częściowo skonsolidowanej), a więc bardziej narażonej na dryf w kierunku autorytaryzmu.

 

Debata na temat tego, czy ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego dąży do rozmontowania w Polsce demokracji, zaczęła się jeszcze, zanim Prawo i Sprawiedliwość wygrało wybory parlamentarne w 2015 roku. Wybór do Trybunału Konstytucyjnego nowych osób na miejsca, na które Sejm poprzedniej kadencji już wybrał sędziów, dla części publicystów już pięć lat temu był wystarczającym znakiem, że PiS rozpoczął marsz ku autorytaryzmowi. Inni szukają wciąż tego, co Amerykanie nazywają „smoking gun” – dymiącego jeszcze po wystrzale pistoletu, czyli pełnego potwierdzenia, że Zjednoczona Prawica jest odpowiedzialna za śmierć demokracji w Polsce.

 

Obie grupy posługują się językiem opartym na wizji demokracji jako alternatywy – albo jest, albo jej nie ma. Na jednym końcu spektrum demokracja zanika przy pierwszym zachwianiu zasady trójpodziału władzy, na drugim – istnieje tak długo, jak nie fałszuje się wyborów. Takie podejście, choć zrozumiałe na poziomie emocjonalnym, jest błędne.

 

Doktryna normalności

 

Od początku lat 90. zeszłego wieku polska racja stanu była definiowana przez klasę polityczną jako „dążenie do normalności”. Normalnie, czyli jak na mitycznym, jednorodnym Zachodzie. Doktryna „normalności” dyktowała dość bezrefleksyjnie cele polityki niemal w każdym zakresie.

 

Gospodarka? Domagamy się wolnego rynku. Polityka zagraniczna? Celem jest „powrót do Europy” i wejście do NATO, czyli przywrócenie Polski tam, gdzie byłaby, gdyby nie żelazna kurtyna narzucona przez Stalina. Ustrój państwowy? Demokratycznie wybrany prezydent, popierany przez większość parlamentarną premier itd.

 

Totemiczne podejście do „Zachodu”, połączone z ostrym kryzysem gospodarczym okresu przemian oraz bardzo wysoką temperaturą konfliktu politycznego od początku III RP, sprawiło, że w Polsce wiele kluczowych debat dotyczących dobra wspólnego i tego, jak je definiujemy, nigdy się nie odbyło.

 

Wyobrażenie a rzeczywistość

 

Teoretycznie mamy w Polsce system półprezydencki, z wybieranym powszechnie prezydentem posiadającym z tej racji wzmocnioną legitymizację. W praktyce poza latami kohabitacji (jak np. 2007-2010) prezydent pełni funkcję głównie reprezentacyjną pomimo dość szerokiego katalogu uprawnień.

 

W sferze gospodarczej do roku 2015 próby podważania modelu wykutego w trakcie terapii szokowej były w najlepszym razie traktowane jako przejaw naiwności, a w najgorszym jako afront. Gdy podczas kampanii parlamentarnej w 1993 roku Unia Pracy atakowała radykalizm reform, Bronisław Geremek grzmiał, że taka krytyka przekracza normy cywilizowanej kampanii wyborczej. Choć PiS doszedł w 2005 roku do władzy dzięki obietnicy Polski solidarnej, to ministrem finansów została Zyta Gilowska, architektka programu gospodarczego Platformy Obywatelskiej.

 

W polityce zagranicznej horyzont wyobraźni III RP zatrzymał się na dewizie dołączenia do stołu i utrzymania się przy nim. Członkostwo w NATO i UE jest oczywiście polską racją stanu. Jednak koncepcja tego, co Polska może uzyskać w ramach Unii i jaki model integracji powinna promować, ograniczyła się do usilnych starań, by znaleźć się wśród państw podejmujących kluczowe decyzje. Zabrakło debaty, jaki z punktu interesu Polski jest pożądany kierunek tych decyzji.

 

Słabo określony konsensus, oparty bardziej na wymyślonym Zachodzie niż na realiach życia w państwach Europy Zachodniej, zostawił wiele miejsca na kontestację, opierającą się na „urzeczywistnieniu” doświadczeń europejskich demokracji.

 

Masowa emigracja do krajów UE, która nastąpiła po 2004 roku, tylko zwiększyła rozdźwięk między idealizowaną “Europą” a codziennymi doświadczeniami Polek i Polaków.

 

„Zachód” na podorędziu polityki krajowej

 

Obóz Zjednoczonej Prawicy bardzo skutecznie to wykorzystał. Politycy PiS często podkreślają wyjątkowość polskiego modelu oraz potrzebę jego obrony przed siłami liberalizmu kulturowego, które rzekomo „trawią” i „niszczą” państwa Europy Zachodniej.

 

Jednocześnie zwolennicy polityki Zjednoczonej Prawicy regularnie odwołują się do przykładów z innych krajów Unii Europejskiej, żeby próbować wybronić każde kontrowersyjne działanie rządu. Mówią o zasiadającym w niemieckim sądzie konstytucyjnym polityku CDU. Francuskim uregulowaniu odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów. Mechanizmie wyboru sędziów przez parlament w Niderlandach.

 

Nie trudzą się – lub nie chcą – by popatrzeć, jak te pojedyncze elementy funkcjonują w obrębie mechanizmów instytucjonalnych i całej kultury politycznej w tamtych krajach. Obrońcy rządów Zjednoczonej Prawicy uważają też, że krytyka państw członkowskich UE przez Komisję Europejską jest z gruntu motywowana politycznie i niesprawiedliwa. Nie widzą jej jako formy uzasadnionej troski, lecz odbierają jako rodzaj represji, a nawet wyrażanie pogardy wobec społeczeństw państw postkomunistycznych, które dołączyły do Unii w 2004 roku i później.

 

W tej optyce trzeźwy ogląd sytuacji ma polegać na tym, że krytyka z Brukseli, Strasburga i Luksemburga jest reakcją na to, że rząd Zjednoczonej Prawicy jak żaden po 1989 roku asertywnie broni polskich interesów w “Europie” (np. blokując inicjatywy w dziedzinie polityki energetycznej, klimatycznej czy standardów ochrony praw człowieka). Koronnym argumentem sprawczości PiS i obrony interesów Polek i Polaków ma być też program 500+ i inne programy socjalne wychodzące poza neoliberalną ortodoksję, którą wyznawały kolejne rządy od 1989 do 2015 roku.

 

Można się na tą krytykę zżymać i wytykać manipulacje, luki, błędy faktyczne i logiczne. Ale można ją również potraktować jako wyzwanie do przeprowadzenia głębszych rozważań na temat polskiej racji stanu, ustroju oraz modelu gospodarczego.

 

Raport o zdrowiu demokracji

 

Doroczny raport o stanie demokracji “Narody w czasie przemian” („Nations in Transit”), publikowany przez amerykańską organizację pozarządową Freedom House, podaje konkretne punkty pod taką dyskusję.

 

O rankingach państw często opowiada się jak o wynikach zawodów sportowych. Koncentrując się na spadkach i wzrostach; na tym, jak my wypadamy na tle innych uczestników klasyfikacji (z globalnej Północy i Południa, europejskiego Wschodu i Zachodu).

 

Jako autorzy raportu mamy nadzieję, że zebrany w nim materiał posłuży do czegoś więcej niż wywołanie poczucia ulgi, że Polsce daleko do Turkmenistanu, coraz mniej uzasadnionej Schadenfreude, że Węgrzy mają od nas gorzej, lub niepokojącego ukłucia, gdy widzi się niezłą passę państw bałtyckich.

 

To zwięzłe omówienie najważniejszych zjawisk i trendów w 2019 roku dotyczących polityki krajowej, samorządów, wymiaru sprawiedliwości, sektora medialnego, społeczeństwa obywatelskiego oraz walki z korupcją. Rodzaj dorocznego przeglądu zdrowia naszej demokracji.

 

“Demokracja” jest pewnym ideałem. Żaden z krajów w rankingu “Narody w czasie przemian” nie dostał 7 na 7 punktów. Tak wysokich, idealnych not nie dostają też rozwinięte i skonsolidowane demokracje Europy Zachodniej, które są mierzone w innych rankingach Freedom House, np. Freedom in the World.

 

Warto jednak spojrzeć, jaka odległość dzieli Polskę od ideału. I zastanowić się, czy sprawia to, że kraj mieści się w kategorii zdrowej demokracji, czy może ląduje w koszyku z krajami niespełniającymi tego kryterium.

 

Zmiana ustroju pod rządami Zjednoczonej Prawicy

 

Demokracja „liberalna” zakłada trójpodział i samoograniczanie się władz oraz ochronę praw jednostek, w tym ochronę praw mniejszości. Niekiedy wymiennie używa się pojęcia demokracji liberalnej i demokracji konstytucyjnej, ponieważ współczesne konstytucje zawierają silne gwarancje trójpodziału władzy oraz ochrony praw i wolności jednostek.

 

Rządy Zjednoczonej Prawicy (i sprzyjającego jej prezydenta), rządząc za pomocą, a nie w granicach prawa, regularnie naruszając konstytucję, odrzucają trójpodział władz na rzecz władzy politycznej dominującej nad sądami i utrudniającej opozycji parlamentarnej branie udziału w stanowieniu prawa.

 

W 2019 roku wydawało się, że Polska za rządów Zjednoczonej Prawicy stanie się rodzajem „wyborczej autokracji”, przed którą przestrzegał profesor politologii z Uniwersytetu Princeton Jan-Werner Müller. Przeprowadzono wolne, ogólnopolskie wybory do Parlamentu Europejskiego i krajowe wybory parlamentarne, które zostały zatwierdzone przez (jeszcze nieprzejęty) Sąd Najwyższy oraz uznane za przeprowadzone prawidłowo przez obserwatorów Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie. Choć w końcowym raporcie OBWE wskazało na niepokojące zjawiska, takie jak brak pluralizmu w mediach publicznych w czasie kampanii wyborczej oraz stosowanie nienawistnego języka przez kandydatów. Frekwencja w obu głosowaniach pobiła historyczne rekordy.

 

Zjednoczona Prawica uzyskała od wyborców silny mandat. Straciła jednak przewagę w Senacie, co dawało nadzieję na poprawę jakości procesu ustawodawczego w nowej kadencji – z nocnych legislacyjnych sprintów przynajmniej na bieg długodystansowy.

 

Po październikowej wyborczej wiktorii nastąpiła kilkutygodniowa „odwilż”, w której testowano umiarkowany kampanijny wizerunek starającego się o reelekcję kandydata Andrzeja Dudy.

 

Czy już wtedy trwały prace nad zaostrzeniem kursu wobec sądownictwa i przejściem do kolejnego etapu odchodzenia od demokracji konstytucyjnej? Tego nie wiemy.

 

Przeciw niezawisłości sędziowskiej

 

Natomiast wydane w Luksemburgu i Warszawie wyroki wywołały gwałtowną reakcję obozu rządzącego. W połowie listopada Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wydał przełomowy wyrok w odpowiedzi na pytania zadane przez polski Sąd Najwyższy. Przedstawił w nim kryteria oceny, czy sąd jest niezależny w rozumieniu prawa unijnego. Wskazał też na standardy niezależności rad sądownictwa. Na początku grudnia sędziowie Sądu Najwyższego na kanwie sprawy rozpatrywanej przez Izbę Pracy orzekli, że Izba Dyscyplinarna w SN nie spełnia kryteriów niezależnego sądu w rozumieniu prawa unijnego, a nowa KRS została powołana nieprawidłowo.

 

Reakcja rządzących była natychmiastowa. Janczarzy Zjednoczonej Prawicy przedstawili w Sejmie projekt ustawy dyscyplinującej (czy „kagańcowej”), która jeszcze zaostrzała model odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów w Polsce. Choć stworzony przez PiS system, który obowiązywał wcześniej, był już dla Komisji Europejskiej wystarczającą podstawą do skierowania w październiku skargi do Trybunału Sprawiedliwości UE przeciwko polskiemu rządowi.

 

Pomimo krajowych i międzynarodowych protestów i apeli, pomimo spektakularnego styczniowego Marszu Tysiąca Tóg w Warszawie przeciwko atakom na niezawisłość sądownictwa Sejm uchwalił ustawę dyscyplinującą. W lutym podpisał ją prezydent Andrzej Duda.

 

Ta ustawa prowadzi do jeszcze większego naruszenia niezawisłości sędziowskiej w Polsce, ważnego komponentu praworządności, która jest składową demokracji. Jawnie narusza prawa i wolności polskich obywateli – sędziów – chronione przez konstytucję, prawo unijne i międzynarodowe.

 

Komisja Europejska, uruchamiając w kwietniu procedurę z art. 258 Traktatu o Funkcjonowaniu UE przeciwko polskiemu rządowi, wskazała, że ustawa dyscyplinująca narusza prawo obywateli do sprawiedliwego procesu, do którego konieczne są niezawisłe sądy, prawo sędziów polskich do zadawania pytań do TSUE i prawo sędziów do prywatności.

 

Wprowadzenie ustawy dyscyplinującej było zatem kolejnym etapem odchodzenia od demokracji konstytucyjnej, chroniącej prawa i wolności obywateli. Otrzymaliśmy system, który nie jest demokracją liberalną, ale w którym są demokratyczne epizody, na przykład wybory.

 

Wybory czy plebiscyt?

 

Jednak przygotowania w kwietniu i maju do jak najszybszego przeprowadzenia wyborów prezydenckich pokazały, że formacja Jarosława Kaczyńskiego nie zawaha się przed dalszą zmianą ustroju w Polsce.

 

Choć w wyniku porozumienia Kaczyńskiego z Jarosławem Gowinem termin i forma wyborów prezydenckich to wciąż niewiadoma, nadal istnieje realne zagrożenie, że w Polsce zapanuje nie „autokracja wyborcza”, ale „autokracja plebiscytarna”.

 

Nie wystarczy nazwać głosowania „wyborami”, żeby nimi było. Artykuł 127 Konstytucji RP mówi, że wybory prezydenckie mają być powszechne, równe, bezpośrednie i tajne. Planowane przez rząd głosowanie pocztowe nie spełniałoby tych kryteriów. Wolne wybory to nie tylko głosowanie, lecz także proces wyborczy, w tym kampania, która powinna umożliwiać wyborcom zapoznanie się z kandydatami i ich programami – warunek, który w wyniku obostrzeń spowodowanych zagrożeniem epidemiologicznym nie został spełniony.

 

Nadal istnieje ryzyko, że „wybory prezydenckie” okażą się referendum, czyli głosowaniem za Andrzejem Dudą bądź przeciw Andrzejowi Dudzie jako prezydentowi RP. Jednocześnie będzie to plebiscyt, czyli głosowanie za przynależnością Polski do wspólnoty państw demokratycznych bądź państw niedemokratycznych.

 

W „autokracji plebiscytarnej” wyborcy potwierdzają legitymację do dalszego rządzenia formacji, która jawnie i ostentacyjnie narusza konstytucję, odrzucając wartości demokratycznego państwa prawnego.

 

Wydaje się, że w tym kierunku ewoluuje, czy raczej degeneruje się, system w Polsce.

 

Tytuł artykułu jest parafrazą ostatnich dwóch wersów poematu T.S. Eliota „The Hollow Men” („Wydrążeni ludzie”), w przekładzie Czesława Miłosza – „I tak się właśnie kończy świat, Nie hukiem ale skomleniem”.

 

Tekst ukazał się pierwotnie w „Gazecie Wyborczej” 10 maja 2020 roku. Archiwum Osiatyńskiego dziękuje za możliwość przedruku.



Autor


Historyk i badacz dyskursu ekonomicznego, doktoryzuje się na Uniwersytecie Yale. Współpracuje m.in. z "Gazetą Wyborczą" i OKO.press.


Więcej

Opublikowany

10 maja 2020







Inne artykuły tego autora

10.07.2020

Nie chcesz powrotu polityki „ciepłej wody w kranie” i zostajesz w domu? To błąd

12.05.2020

Polska już nie jest demokracją skonsolidowaną, ocenili eksperci w rankingu jakości demokracji



Wesprzyj nas!

Archiwum Osiatyńskiego powstaje dzięki obywatelom i obywatelkom gotowym bronić państwa prawa.


10 
20 
50 
100 
200