W Sierpniu ’80 władza traktowała porozumienia jako chwilowe ustępstwa, nie zamierzała ich dotrzymać [ROZMOWA]

Udostępnij

Dziennikarka, przez blisko cztery lata związana z „Gazetą Wyborczą”, obecnie redaktorka naczelna publicystyki w portalu organizacji pozarządowych ngo.pl, publikowała w…

Więcej

To był bunt obywatelski. Każdy mógł znaleźć w nim miejsce: konserwatysta i lewicowiec, wierzący i niewierzący, partyjny i niepartyjny. To był ruch inkluzywny i inkluzywność była jego siłą - mówi dr Anna Machcewicz



31 sierpnia 2020 roku mija 40 rocznica podpisania Porozumień Sierpniowych. Pierwszy z 21. postulatów przyjęty awartych w prozumieniu podpisanym wtedy w Stoczni im. Lenina otwierał drogę do rejestracja „Solidarności”, niezależnego od władzy związku zawodowego.

 

O przyczynach strajków, które ogarnęły ówczesną Polskę, a także sporach o pamięć rozmawiamy z dr. Anną Machcewicz, autorką książki „Bunt. Strajki w Trójmieście 1980”.

 

Estera Flieger: Jakim „miejscem pamięci”, posługując się terminem francuskiego badacza Pierre’a Nora, są Porozumienia Gdańskie?

 

Dr Anna Machcewicz*: Obawiam się, że w sensie wspólnotowym wciąż nie mają swojego miejsca. Dla mojego pokolenia, które wychowało się na „Solidarności”, jest ona potężnym, formującym mitem. Dla kolejnych już nie.

 

Po 89 roku szybko stała się kartą przetargową w politycznej grze. Właściwa „Solidarność” wraz z nastaniem wolnej Polski przestała istnieć. Do 1989 roku była ruchem antyrządowym, potem – jak pisała Teresa Torańska – „my” staliśmy się „onymi”.

 

W ruchu nastąpiły silne podziały polityczne. Poza tym, do końca lat 90. związek wspierał tzw. rządy solidarnościowe. Już nie kontynuował buntu, z którego powstał.

 

Dzisiejsza „Solidarność” jest słabym związkiem zawodowym także silnie wspierającym rządzących. Poza nazwą nie ma wiele wspólnego z tamtym ruchem.

 

Dla młodego i średniego pokolenia ta pierwsza „Solidarność” to z jednej strony odległa historia, ale ponieważ jest obiektem politycznej gry, to z drugiej strony postrzegają ją jako przedmiot sporu kombatantów. Personalny, emocjonalny, więc nie do końca zrozumiały.

 

To nie ułatwia zrozumienia tego, co się wydarzyło 40 lat temu. Może nawet zniechęca do tego.

 

Dlaczego to atrakcyjny politycznie temat?

 

Ludzie, którzy stworzyli „Solidarność”, byli i są nadal są obecni na scenie politycznej i toczą walkę o rząd dusz.

 

Podobnie było po 1918 roku: w okresie dwudziestolecia międzywojennego toczył się spór o to, kto bardziej przyczynił się do odzyskania przez Polskę niepodległości – Józef Piłsudski czy Roman Dmowski. Sięgano po argumenty niskich lotów, które miały zdyskredytować przeciwnika.

 

Czym obecnie toczący się spór różni się od tego z lat 90.? Jego kolejną odsłoną jest konflikt pomiędzy Europejskim Centrum Solidarności a rządem i NSZZ „S” o tablice, na których Maciej Grzywaczewski i Arkadiusz Rybicki zapisali 21. postulatów.

 

To jego kontynuacja, ale coraz bardziej zdegenerowana. Spór zaczął się zaraz po Okrągłym Stole. Konflikty w obozie „Solidarności” – które były nieuniknione – zostały wzmocnione rozmaitymi lękami i uprzedzeniami wykorzystywanymi w walce politycznej.

 

Przykładem choćby sprawa „Bolka”, która pojawiła się przecież na początku lat 90., choć wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze jak wyglądała kontakty Lecha Wałęsy ze służbami [w latach 1971-1974-red.].

 

Poszczególni politycy rywalizowali o to, kto ma większe zasługi: na legendzie „Solidarności” każdy chciał coś ugrać.

 

W tej chwili historia jest zawłaszczana przez Prawo i Sprawiedliwość , które nią wręcz kupczy.

 

Historia przestała pełnić rolę punktu odniesienia dla wspólnoty, a jest maczugą, którą okłada się przeciwnika politycznego.

 

Toczący się obecnie spór kiedyś wygaśnie. A które mity przetrwają i jak zostaną przekształcone – okaże się.

 

W skrócie wygląda to tak: Anna Walentynowicz jest ich, Lech Wałęsa jest nasz.

 

I nie ma to nic wspólnego z wydarzeniami sprzed 40 lat. Wtedy oboje byli „nasi”. Tak było na strajku, jak w czasie działalności pierwszej „Solidarności”.

 

Owszem wśród działaczy „Solidarności” w okresie 1980-1981 były podziały i konflikty, jednak zupełnie inne, niż dziś próbuje się je przedstawiać.

 

Te podziały miały tło personalne, były wyrazem ambicji poszczególnych osób, także w wymiarze regionalnym. Wyjątkowa pozycja Lecha Wałęsy budziła naturalny sprzeciw pozostałych działaczy gdańskich.

 

Ale to była organizacja demokratyczna – Wałęsa został przewodniczącym w wyniku wyborów, w Komisji Krajowej zasiadały bardzo różne osoby, które w najważniejszych sprawach osiągały porozumienie.

 

Głębsze podziały nastąpiły dopiero po wprowadzeniu stanu wojennego. Podziemna „Solidarność” podzieliła się na zwolenników „długiego marszu” i jastrzębi, którzy chcieli bardziej zdecydowanych działań, choć trudno sobie wyobrazić co więcej można wtedy było zrobić.

 

Dlaczego wtedy – w sierpniu 1980 roku – się udało? W filmie „Człowiek z żelaza” Wajdy główny bohater mówiąc o tym, co działo przed Sierpniem, wylicza, że jak się ruszył Radom, to nie Gdańsk, jak studenci, to nie robotnicy.

 

W 1980 roku istniała już dobrze zorganizowana i całkiem liczna opozycja demokratyczna – silna, zżyta grupa ludzi i środowisk. Kluczowa była zdobyta przez nią umiejętność przełamywania monopolu informacyjnego komunistów.

 

Inteligencja, która stanowiła trzon tej opozycji, nawiązała pewne kontakty z robotnikami. Obie grupy uczyły się od siebie.

 

Gdyby nie robotnicy, nie byłoby strajku. Inteligenci z kolei potrafili budować program, formułować postulaty i negocjować.

 

Na bunt, który porwał wszystkich, złożyło się wiele czynników. Ale najważniejsze to narastający kryzys gospodarczy oraz przemiany kulturowe, które nastąpiły w Polsce w latach 70., w dekadzie Gierka.

 

Z jednej strony pewne zbliżenie w relacjach z Zachodem. Ludzie zaczęli wyjeżdżać, poznawali świat i zobaczyli, jak inaczej tam się żyje i pracuje.

 

To powodowało frustrację Polaków: nie czuli się przecież gorsi, ale żyło im się ciężej. Z moich badań wynika, że robotników bardzo denerwowała zła organizacja pracy: wszechogarniający bałagan, praca po godzinach, niedochodzące na czas części.

 

To nie było tak, że im się nie chciało pracować, wręcz przeciwnie: chcieli uczciwie zarabiać i oczekiwali, by ktoś im dobrze pracę zorganizował, że państwo wywiąże się ze swoich obowiązków.

 

Do tego dochodziły silne podziały klasowe, bo choć Polska miała stać się społeczeństwem bezklasowym, w rzeczywistości istniały duże różnice majątkowe.

 

Szczególnie widoczne na Wybrzeżu, gdzie wyjątkowo prężnie funkcjonowała tzw. „prywatna inicjatywa”, właściciele drobnych zakładów i handlowcy, a także marynarze, czy po prostu przemytnicy.

 

Do tego dochodziła partyjna nomenklatura, która też żyła na wyższej stopie. Pomiędzy robotnikami również były różnice – była elita robotnicza i ci mniej wykwalifikowani, szczególnie młodzi, jeszcze nie „ustawieni”, zarabiający grosze.

 

Oni byli ważną częścią buntu, który oprócz charakteru klasowego, miał również pokoleniowy. Zbuntowało się przede wszystkim młode pokolenie, które liznęło zachodniego świata, którym stworzono obietnicę lepszego życia, ale jej nie spełniano.

 

W końcu lat 70. wyrosło pokolenie pozbawione traumy II wojny światowej i okresu stalinowskiego, masakry robotników w Grudniu 1970 roku. Oni po prostu nie bali się tej władzy, ani nawet Związku Radzieckiego. Byli też lepiej wykształceni.

 

To zupełnie na nowo ukształtowane społeczeństwo, które występując przeciw władzy, domagało się po prostu lepszego życia. Względem każdej z tych grup państwo zawiodło.

 

Nastąpiła erupcja niezadowolenia w postaci strajku, do którego przyłączyły się nie tylko robotnicy, ale również urzędnicy, czy uczelnie wyższe.

 

A Kościół?

 

W okresie strajku Episkopat nie odegrał żadnej roli: nie zajął jasnego stanowiska, nie poparł w jednoznaczny sposób strajkujących. Owszem, w zakładach na terenie całego kraju organizowane były msze, w których wzięło w nich udział kilkadziesiąt tysięcy osób, ale to była inicjatywa strajkujących: to nie Kościół przyszedł do nich, ale oni do niego.

 

Pierwszym duchownym, który wyszedł do robotników, był ksiądz Hilary Jastak z Gdyni – silnie związany z opozycją, przez instytucje kościelne postrzegany jako radykał.

 

Natomiast w Gdańsku to działacze Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża – Bogdan Borusewicz, Anna Walentynowicz i Lech Wałęsa – uznali, że dla budowy wspólnoty i poczucia bezpieczeństwa msze będą bardzo ważne.

 

Kilkuosobowa delegacja udał się do biskupa gdańskiego Lecha Kaczmarka, który zresztą odesłał ich po zgodę do wojewody Jerzego Kołodziejskiego.

 

Ponieważ najbliżej Stoczni Gdańskiej położony był Kościół św. Brygidy, uznano go niejako za parafialny – niejako, bo socjalistyczny zakład pracy nie mógł być przecież częścią parafii – i tak pojawił się ks. Henryk Jankowski.

 

Msze integrowały, uspokajały, wywoływały dobre emocje. Strajkujący nie mogli wrócić do rodzin ani pójść do kościoła. A większość zapewne była głęboko w religii zanurzona. Na ogół wywodzili się z rodzin chłopskich.

 

Choć ciekawe jest to, że w sierpniowych w postulatach nie były poruszane kwestie religijne. To ogromna zmiana chociażby w stosunku do protestów w 1956 roku, gdy powszechnie żądano religii w szkołach.

 

Pomysł mszy był zapewne do pewnego stopnia taktyczny, ale trzeba pamiętać, że kierujący strajkiem Lech Wałęsa był człowiekiem wierzącym i praktykującym katolikiem, i to on zaproponował robotnikom, którzy zostali na terenie Stoczni, żeby się wspólnie pomodlili.

 

Jeszcze przed strajkiem Lech Wałęsa razem z działaczami Ruchu Młodej Polski modlili się codziennie w Katedrze Mariackiej w intencji uwolnienia z więzienia dwóch opozycjonistów skazanych za udział w nielegalnej manifestacji z okazji Trzeciego Maja.

 

Fakt, że Lech Wałęsa wręcz manifestował swoją religijność na terenie zakładu pracy, budziło pewne poruszenie, zdziwienie wśród robotników. W końcu była to przestrzeń, w której symbole religijne były zakazane przez władze.

 

Bardzo ciekawa jest zmiana, która nastąpiła w okresie tych kilku tygodni: jeszcze w lipcu w zakładach w Lublinie strajkujący śpiewali „Międzynarodówkę”, ale w sierpniu zastąpiło ją „Boże, coś Polskę”.

 

A wybór 21 postulatów był taktyczny?

 

Nie: był praktyczny. Układała je grupa działaczy Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża w momencie przełomu, a więc po zakończeniu przez stoczniowców tzw. małego strajku i ogłoszeniu i strajku solidarnościowego z innymi zakładami Trójmiasta.

 

Oparli się na postulatach z różnych zakładów pracy, wybierali te najczęściej się powtarzające i dodali własne – powołania wolnych związków zawodowych, ograniczenia cenzury, czy uwolnienia więźniów politycznych.

 

Zrezygnowano z radykalnych pomysłów np. organizacji wolnych wyborów do Sejmu – uznano, że to nierealne.

 

Przeglądałam w archiwum w Gdańsku listy z postulatami kilkudziesięciu różnych zakładów z Trójmiasta, które spłynęły nie do Stoczni Gdańskiej, a do Komitetu Wojewódzkiego PZPR.

 

Tu zostały bardzo starannie posegregowane i te najczęściej powtarzające się są zaskakująco zbieżne z listą 21 Postulatów wypisaną na słynnych tablicach.

 

Dowodzi to, moim zdaniem, ogromnej intuicji ludzi, którzy stanęli na czele strajku. To oni stworzyli pole do negocjacji w władzą.

 

W jakiej kondycji była wówczas władza?

 

Udało się jej spacyfikować ogromną falę strajkową w lipcu 1980 roku. Wydawało się, że sytuacja jest spokojna. A ponieważ były wakacje, dygnitarze – łącznie z I sekretarzem PZPR Edwardem Gierkiem – rozjechali się, niewielu z nich zostało na posterunku.

 

Strajk w Stoczni Gdańskiej władzę zaskoczył, jej reakcja była opóźniona. Na początku próbowano podzielić robotników: pierwsza komisja z wicepremierem Tadeuszem Pyką na czele, która przyjechał do Gdańska, obiecywała w kolejnych zakładach gruszki na wierzbie, byleby tylko zakończono strajk.

 

To się nie udało, Międzyzakładowy Komitet Strajkowy przetrwał i potężniał. Fala strajków narastała – ogarniała już nie tylko Gdańsk i Szczecin, ale kolejne miasta, Warszawę, Wrocław, wreszcie i Śląsk, który był przysłowiowym gwoździem do trumny i ogromnie przyczynił się do tego, że władza ostatecznie podpisała porozumienia.

 

Gierek dbał o relacje z Zachodem. Starał się sprawiać wrażenie przywódcy liberalnego. Do Gdańska zjechało się wielu dziennikarzy z całego świata, strajk był relacjonowane na żywo.

 

Trudno było przed międzynarodową opinią publiczną, a także Polakami, którzy dowiadywali się o przebiegu wydarzeń z Radia Wolna Europa, ukryć to, co działo się na Wybrzeżu.

 

Władza zdawała sobie sprawę, że wobec takiej skali protestu nie może użyć siły, przystąpiła więc do negocjacji, które opozycja poprowadziła w bardzo profesjonalny sposób.

 

Ale komuniści traktowali porozumienia jako chwilowe ustępstwa, nie zamierzali się ich trzymać.

 

W krótkim czasie po podpisaniu Porozumień 10 milionów ludzi wstąpiło do „Solidarności” – to chyba najwięcej mówi o odbiorze społecznym tych wydarzeń.

 

Setki tysięcy ludzi zaangażowało się w strajk i w pomoc strajkującym. To byli ludzie zaopatrujący ich w żywność, organizujący codzienne życie w miastach ogarniętych strajkami, żony i dzieci odwiedzające strajkujących, kolporterzy ulotek i prasy.

 

Podpisanie porozumień, organizowanie związku w regionach i rejestracja „Solidarności” (17 września – red.) stanowiły nową jakość: ludzie przystąpili do budowy społeczeństwa obywatelskiego w takich ramach, jakie zostały nakreślone.

 

Intuicja podpowiadała, że „Solidarność” będzie czymś więcej niż związkiem zawodowym. Że trzeba się rozpychać. W wewnętrznej prasie związkowej można było napisać to, co się chciało. Ośrodki doradcze miały zajmować się edukacją społeczną i tworzeniem programów działania na rozmaitych polach.

 

Pod szyldem Solidarności powstawało alternatywne państwo, Władzy zostały resorty siłowe, reszta była do zagospodarowania. Na tyle, na ile potrafili, ludzie wykorzystywali tę szansę i próbowali coś wokół siebie zmieniać. Mieli wreszcie własną instytucję reprezentującą ich wobec władzy i dającą możliwość rozwoju. To budziło więzi obywatelskie.

 

A czy nie zgubił się lewicowy charakter tych wydarzeń? Bo kiedy mówiła Pani o młodych, sfrustrowanych robotnikach, to przed oczami stanęła mi wracająca co jakiś czas dyskusja, w której współcześni młodzi domagający się podobnych rzeczy, są określani przez niektórych publicystów jako roszczeniowi.

 

Młodzi robotnicy chcieli za zarobione pieniądze kupić sobie mieszkanie, telewizor, samochód i mieli do takich pragnień pełne prawo. Nie widzę w tym nic roszczeniowego.

 

Natomiast jestem sceptyczna w określaniu „Solidarności” jako ruchu lewicowego: był ruchem sprzeciwu wobec władzy, populistycznym.

 

Lewicowy może był w tym sensie, że nikt nie odrzucał zdobyczy socjalizmu, ani nie domagano się wprowadzenia kapitalizmu.

 

Jeżeli szukamy przymiotnika, to wolę obywatelski. Każdy mógł znaleźć w nim swoje miejsce: konserwatysta i lewicowiec, wierzący i niewierzący, partyjny i niepartyjny. To był ruch inkluzywny i inkluzywność była jego siłą.

 

Dr Anna Machcewicz – historyczka, autorka biografii Kazimierza Moczarskiego i nagrodzonej Nagrodą im. Jana Długosza książki „Bunt. Strajki w Trójmieście 1980”, a także nagrodzonego przez tygodnik „Polityka” opracowania korespondencji Zofii i Kazimierza Moczarskich; publikuje w „Gazecie Wyborczej”, „Polityce” i „Tygodniku Powszechnym”



Autor


Dziennikarka, przez blisko cztery lata związana z „Gazetą Wyborczą”, obecnie redaktorka naczelna publicystyki w portalu organizacji pozarządowych ngo.pl, publikowała w…


Więcej

Opublikowany

1 września 2020







Inne artykuły tego autora

01.09.2020

Tablice z 21 postulatami notarialnie przekazane ECS. PiS chce to zaskarżyć do sądu

24.08.2020

Gliński i Duda chcą zabrać tablice z 21 postulatami z ECS. Polityka historyczna PiS kontra prawo

10.08.2020

W PRL milicja i SB pilnowały, żeby nie malować na pomnikach i nie wieszać flag w złych miejscach

01.08.2020

Największa demonstracja w PRL wymazana z polskiej świadomości. Bo zrobiły ją kobiety?



Wesprzyj nas!

Archiwum Osiatyńskiego powstaje dzięki obywatelom i obywatelkom gotowym bronić państwa prawa.


10 
20 
50 
100 
200