Państwo PiS jest słabe i podatne na korupcję. Po pandemii będzie jeszcze gorzej

Udostępnij

Doktor socjologii, adiunkt w Collegium Civitas. Zajmuje się między innymi zagadnieniem korupcji i polityki antykorupcyjnej, problematyką społeczeństwa obywatelskiego i organizacji…

Więcej

Państwo weszło w koronakryzys osłabione i podatne na korupcję. PiS przez pięć lat wyłączył bezpieczniki chroniące przed monopolem władzy i uznaniowością decyzji, osłabił możliwości rozliczania polityków i urzędników. Pandemia zwielokrotniła siłę tych czynników korupcji - pisze socjolog dr Grzegorz Makowski



Każdy kryzys zwiększa ryzyko korupcji. Zwłaszcza, gdy pojawia się nagle. Pandemia COVID-19 to jednak nie jest nagła sytuacja. Polskie państwo miało czas się przygotować. To nie wybuch wulkanu ani kryzys finansowy z lat 2007-2009, kiedy to niemal z dnia na dzień po upadku banku Lehman Brothers tąpnęły rynki finansowe i całe gospodarki.

 

W przypadku koronawirusa był czas na reakcję i można było go wykorzystać nie tylko po to, żeby zmobilizować się do walki z chorobą, ale też opracować takie rozwiązania, które pomogłyby ochronić państwo przed korupcją.

 

O tym, że nadciąga zaraza było już wiadomo pod koniec roku 2019. W styczniu Światowa Organizacja Zdrowia już alarmowała, żeby przygotować się na globalną pandemię. W tym samym czasie Jarosław Pinkas, ówczesny szef Głównego Inspektoratu Sanitarnego, zalecał politykom opozycji i komentatorom wkładanie lodu w majtki twierdząc, że pandemii w Polsce nie będzie. Gdy każdy dzień był już na wagę złota, rząd zaprezentował butę i karygodną krótkowzroczność.

 

Na karb li tylko krótkowzroczności nie można jednak zrzucić tego, jak ostatecznie państwo PiS zareagowało na pandemię – w sensie politycznym, prawnym i instytucjonalnym.

 

Wiele decyzji, które podjęto w związku z COVID-19 było nie tylko chaosem. Wręcz przeciwnie – były przemyślane i obliczone na to, żeby pod osłoną pandemii utrzymać i poszerzyć swoje polityczne władztwo. Choćby kosztem był dalszy rozkład państwa.

 

Wszak to dzięki tarczom obóz prawicy wprowadził stan nadzwyczajny bez ogłaszania stanu nadzwyczajnego, dając sobie tym samym swobodę organizacji wyborów prezydenckich w dogodnym dla siebie terminie. Dzięki nim również stworzył sobie kolejne możliwości koncentracji władzy, ale też mniej lub bardziej świadomie stworzył pole do korupcji.

 

Korupcja i kryzysy zawsze idą w parze

 

Z jednej strony, jak to ujął jeden z klasyków, Robert Klitgaard, korupcja to monopol władzy plus uznaniowość decyzji minus rozliczalność przed obywatelami (która jest możliwa tylko, gdy jest zapewniony szeroki dostęp do informacji o działaniach rządzących).

 

Z drugiej strony korupcja to również partykularyzm, czyli taki podział różnych dóbr, do których dostęp powinien być co do zasady równy (stanowiska urzędnicze, zamówienia publiczne, rządowe dotacje, itp.), a która w praktyce faworyzuje jedynie te grupy, które sprzyjają władzy.

 

Ryzyko korupcji w czasach kryzysowych rośnie ponieważ procedury i instytucje, które w normalnych czasach ograniczają monopol władzy, dyskrecjonalność decyzji, służą rozliczalności i transparentności oraz tłumią rozmaite partykularyzmy, schodzą na dalszy plan.

 

Są krępujące dla rządzących, którzy chcą szybko podejmować decyzje i wykazać się przed społeczeństwem.

 

W każdym systemie demokratycznym przewiduje się możliwość zawieszenia niektórych praw obywatelskich, czy innych rozwiązań chroniących nas przed nadużyciami władzy, w imię szybkości i efektywności.

 

Jednocześnie o tym, że takie okoliczności wzmagają ryzyko nadużyć władzy i korupcji wiemy od wieków. Już w starożytnym Rzymie praktykowano instytucję dyktatora. Był to urząd który obejmowało się w stanach nadzwyczajnych (zwłaszcza wojny) na zasadzie mianowania, na pół roku. Dawał on jego piastunowi niemal nieograniczoną władzę.

 

Bywało jednak, że po upływie tego czasu dyktatorzy nie zrzekali się urzędu korumpując go, czyli korzystając zeń dla własnej, partykularnej korzyści. Najbardziej znanym rzymskim dyktatorem był Julisz Cezar, który nadał sobie tytuł dictator in perpetuum (dyktator na zawsze) i zakończył żywot Republiki Rzymskiej.

 

Póki co, Jarosławowi Kaczyńskiemu tak samo daleko do Juliusza Cezara, jak nam wszystkim do czasów Rzymskiej Republiki. Nie można jednak nie zauważyć dyktatorskich zapędów jego i jego partii.

 

Na długo przed pandemią zrobił wiele, żeby zmonopolizować władzę. Temu służyło zburzenie trójpodziału i równowagi władz – upartyjnienie Trybunału Konstytucyjnego, sądownictwa, prokuratury, osłabienie parlamentu, a także upartyjnienie służby cywilnej i obsadzanie kolejnych konstytucyjnych instytucji swoimi odkryciami towarzyskimi i partyjnymi nominatami.

 

Wszystko to po to, żeby – jak to mawiał Jarosław Kaczyński – przełamać imposybilizm. Czyli znieść wszelkie bariery realizacji swojej woli politycznej. Choćby było to wbrew porządkowi konstytucyjnemu.

 

Z punktu widzenia socjologia zajmującego się korupcją to nic innego jak podstawianie wartości pod wspomniane równanie: korupcja = monopol + uznaniowość – rozliczalność i przejrzystość.

 

To także partykularyzm w czystej postaci. Działania te są bowiem podejmowane po to, żeby karmić rozmaitymi zasobami państwa swoją rodzinę polityczną – partyjnych kolegów, ich krewnych i całe grupy wyborców oraz karać blokadą dostępu do dóbr państwa tych, którzy są przeciw władzy PiS.

 

Pandemia stała się kolejną okazją, żeby pogłębić tę patologiczną konsolidację władzy.

 

Pandemiczna biegunka legislacyjna

 

Ilustracją tegoż jest sposób uchwalania pierwszych czterech tarcz antykryzysowych. Prosta analiza dat, pojawienia się projektów ustaw i wyjścia ich z parlamentu pokazuje, że przeciętnie zajmowało to zaledwie 14 dni.

 

Pierwsze dwie tarcze zostały uchwalone w niespełna tydzień. A przecież są to kilkuset stronicowe dokumenty zmieniające po kilkadziesiąt innych aktów prawnych. Sposób ich procedowania urągał wszelkim standardom poprawnej legislacji.

 

Choć zasadniczo nie odbiegał od „standardów” jakie obóz prawicy przyjął zaraz po objęciu władzy w 2015 roku. Normą wszak stał się brak przejrzystości, brak konsultacji, nocne głosowania w sejmie, całkowite ignorowanie głosów opozycji, Biura Analiz Sejmowych, czy kogokolwiek, kto miałby odmienne zdanie od partii władzy.

 

A przecież zamiast na gwałt uchwalać tarcze nr 1.0, 1.5, 2.0, 3.0, 4.0, 5.0, 6.0 itd. można było wprowadzić stan klęski żywiołowej i pracować nad szczegółowymi rozwiązaniami w większym komforcie i z poszanowaniem zdrowego rozsądku.

 

Tego jednak nie zrobiono, bo stan nadzwyczajny utrudniłby lub wręcz uniemożliwiłby reelekcję Andrzeja Dudy. A bez tego PiS utraciłby monopol władzy i tak już nadszarpnięty przegraną w wyborach do senatu w 2019 roku.

 

Skandaliczna jakość ustawodawstwa czasu pandemii, która sama w sobie jest korupcją, to jednak nie tylko sposób na utrzymanie się przy władzy, ale też czynnik generujący ryzyko innych nadużyć. Na przykład w postaci niekontrolowanego lobbingu.

 

W chwili, gdy powstawał ten tekst, toczyła się dyskusja o tym, jak to się stało, że wiceminister Andrzej Gut-Mostowy, współwłaściciel ośrodka narciarskiego uczestniczył w konsultacjach przepisów kolejnej tarczy, które dziwnym trafem jednego dnia zabraniały korzystania ze stoków narciarski, a następnego już zmierzały do ich otwarcia.

 

To ewidentny konflikt interesów, a ten zawsze jest pierwszym krokiem do korupcji. Nawet wicemarszałek Ryszard Terlecki (PiS) złapany przez dziennikarzy na korytarzu sejmowym musiał przyznać, że coś jest tu nie tak i trzeba by to zbadać.

 

Ile podobnych sytuacji miało miejsce od marca 2020 roku, przy okazji uchwalania kolejnych wersji przepisów anty-COVID-owych? Może dowiemy się po latach.

 

Informacja minus

 

Inna ilustracja – ograniczenie dostępu do informacji publicznej – w skrócie transparentności, czyli warunku sine qua non zapobiegania korupcji. Już w pierwszej tarczy, uchwalonej 2 marca 2020 roku praktycznie na ponad dwa miesiące pozbawiono obywateli nie tylko możliwości pozyskiwania informacji od instytucji publicznych, ale i dochodzenia tego prawa przed sądami.

 

Zrobiono to wbrew konstytucji, która nie przywiduje wyłączenia prawa do sądu nawet w sytuacji stanu nadzwyczajnego.

 

Efekt? Przez długi czas byliśmy skazani na oficjalne przekazy dnia w kwestii pandemii. Dzięki temu rząd mógł ukrywać swoją nieudolność. Została ona obnażona m.in. dzięki kontrolom posłów Koalicji Obywatelskiej: Michała Szczerby i Dariusza Jońskiego, czy uporowi fundacji ePaństwo, która przez wiele tygodni domagała się ujawnienia planów rządu na tzw. drugą falę pandemii na jesieni.

 

Pod koniec października dzięki społecznikom z ePaństwa w końcu mogliśmy się dowiedzieć, że deklaracje, co do strategii na jesienną falę koronawirusa, składane w sierpniu 2020 roku przez ministra Łukasza Szumowskiego (PiS), były po prostu fikcją.

 

Dziś wszyscy doświadczamy skutków tego nieprzygotowania. Nie byłyby one tak przykre, gdyby prawda wyszła na jaw wcześniej.

 

Monopol informacji to także monopol władzy, a więc czynnik korupcji. Gdy wyłącza się dostęp do informacji jesteśmy skazani na rządową propagandę, dezinformację, a na końcu zagrożenie życia i zdrowia.

 

W chwili gdy powstawał ten tekst pojawiła się kolejna dobitna ilustracja tego problemu. Zaangażowany w sprawy publiczne młody człowiek, Michał Rogalski, który miesiącami samodzielnie zbierał i analizował dane sanepidu na temat pandemii wykazał, że w oficjalnych przekazach „zgubiło się” 22 tys. przypadków zachorowań.

 

Co na to rząd? Ograniczył dostęp do tych danych. Pan Michał i inni obywatele już nie będą mieć szansy weryfikowania oficjalnych przekazów dnia. Wedle zasady – nieważne kto choruje, ważne kto liczy chorych, żeby sparafrazować słowa przypisywane pewnemu dyktatorowi.

 

Bezkarność plus

 

Kolejny przykład – przepisy o bezkarności polityków i urzędników. Większość z nas zapewne kojarzy tę sprawę z bulwersującym projektem przepisów, który zostały upubliczniony w sierpniu 2020 roku, wyłączającym odpowiedzialność nie tylko funkcjonariuszy publicznych, ale i każdego za właściwie dowolne przestępstwo, jeśli tylko ten czy ów udowodniłby, że jego motywacją była chęć przeciwdziałania COVID-19 lub innej chorobie zakaźnej.

 

Gdyby te przepisy weszły w życie, pomogłyby na przykład wicepremierowi Jackowi Sasinowi (PiS) bronić się przed oskarżeniami za marnotrawstwo pieniędzy wydanych na majowe, korespondencyjne wybory prezydenckie, które nie doszły do skutku. Wszak pan wicepremier twierdzi, że to był koszt demokracji, który ponieśliśmy w imię ochrony przed wirusem.

 

Ale ten projekt to tylko czubek całej „góry bezkarności”, która kryje się w tarczach antykryzysowych. Już wiosną w pierwszych tarczach uchwalono bezkarność za naruszenie dyscypliny finansów publicznych i zwolniono instytucje państwowe z obowiązku stosowania prawa zamówień publicznych w związku z walką z pandemią.

 

Później poszerzono zakres bezkarności, między innymi o możliwość uniknięcia odpowiedzialności za działanie na szkodę spółek państwowych (ale i prywatnych), czy niedochodzenie roszczeń za niewykonane umowy na zadania publiczne.

 

Dopóki te przepisy nie zostaną podważone, wszyscy odpowiedzialni za zmarnotrawienie setek milionów pieniędzy podatników w czasie pandemii pozostaną bezkarni. Bezkarni za zakup respiratorów-widmo od handlarza bronią, czy bezużytecznych maseczek od instruktora narciarstwa. Uznaniowość decyzji i brak rozliczalności, to przecież nic innego jak kolejne zmienne korupcyjnego równania Klitkaarda.

 

Nomenklatura plus

 

W tarczach znalazły się też przepisy pozwalające na masowe i w zasadzie dowolne zwolnienia w administracji rządowej. A w tym także w służbie cywilnej, czyli w najbardziej profesjonalnej grupie urzędników.

 

Uzasadnienie wprowadzenia tych rozwiązań jest równie kuriozalne jak sam ich pomysł. Rząd powoływał się na zasadę solidarności społecznej i motywował tę propozycję twierdząc, że w dobie kryzysu nie można tolerować „uprzywilejowania poszczególnych grup zawodowych, zwłaszcza w sektorze publicznym”.

 

Pominął jednak milczeniem fakt, że urzędnicy od lat mieli zamrożone pensje, w imię idei „taniego państwa Tuska” i „solidarności” w ramach walki z kryzysem finansowym z 2008 roku. Trudno więc traktować tę grupę jako uprzywilejowaną.

 

W chwili ukończenia tego tekstu prawdziwe intencje stające za przepisami pozwalającymi na zwalnianie urzędników były już całkowicie jasne. W listopadzie 2020 roku pojawił się projekt przepisów – przywracających pomysł jeszcze z 2018 roku – aby politycznych podsekretarzy stanu uznać za urzędników służby cywilnej.

 

W ten sposób podsekretarze stanu zyskają nie tylko większe pensje. Partia będzie mieć jeszcze silniejszy instrument nacisku na urzędników służby cywilnej. I nie można mieć złudzeń, że towarzyszące tej zmianie zwolnienia w służbie cywilnej posłużą do tego, aby pozbyć się niedobitków z grona urzędników mianowanych, najbardziej doświadczonych, pracujących dla różnych rządów od lat i zastąpienie ich partyjnymi nominatami.

 

A to prosta droga do pogłębienia partyjnego klientelizmu w administracji rządowej, nomenklatury, a w dalszej perspektywie urzędniczej korupcji.

 

To się zawali…

 

Podsumowując, nasze państwo weszło w kryzys spowodowany koronawirusem już bardzo osłabione i podatne na korupcję. PiS przez pięć poprzednich lat wyłączył podstawowe bezpieczniki chroniące nas przed monopolem władzy i uznaniowością decyzji, osłabił też możliwości bieżącego rozliczania polityków i urzędników partii rządzącej za błędy, zaniechania i zwykłe nadużycia. Pandemia, tak jak każdy kryzys zwielokrotniła siłę tych czynników korupcji.

 

Obóz władzy angażując się walkę z pandemią, wbrew wszelkim rekomendacjom instytucji i organizacji międzynarodowych zajmujących się problematyką korupcji, wbrew historycznym doświadczeniom.

 

Zamiast wzmacniać instrumenty kontroli, zadbać o odpowiedzialność za decyzje publiczne podejmowane w tych trudnych czasach, otworzyć się na nadzór obywateli i mediów, dostarczać społeczeństwu jeszcze więcej informacji o swoich działaniach postępuje dokładnie na opak.

 

A przy tym cynicznie stara się wykorzystać tę trudną sytuację i chaos – do którego sam się przyczynia – żeby chronić i powiększać swój kapitał polityczny.

 

Koncentracja władzy kosztem pandemii, utraty transparentności życia publicznego i korupcji na krótką metę może się opłacać. Ledwo ledwo, ale udało się doprowadzić do reelekcji Andrzeja Dudy, który jest całkowicie powolny swojemu zapleczu partyjnemu.

 

Na dłuższą metę doprowadzi to do całkowitego rozkładu państwa, utraty zaufania obywateli do instytucji publicznych i masowej korupcji. Może nie dorobimy się dyktatora in perpetuum, ale nasza „republika” i tego nie przetrwa.

 

Tekst oparty na raporcie Fundacji Batorego.



Autor


Doktor socjologii, adiunkt w Collegium Civitas. Zajmuje się między innymi zagadnieniem korupcji i polityki antykorupcyjnej, problematyką społeczeństwa obywatelskiego i organizacji…


Więcej

Opublikowany

28 listopada 2020







Inne artykuły tego autora

31.08.2020

Brudna bomba wisi nad Polską. PiS chce licencji na bezkarność

03.05.2020

Zaraza w państwie PiS. Wirus autorytaryzmu zabija demokrację

26.02.2020

Makowski: U progu wielkiej korupcji. Polska pod władzą pisokratury

28.10.2019

Państwo czy republika banasiowa? Zgubne skutki braku standardów w obsadzaniu najwyższych stanowisk

08.09.2019

Pisokratura – nomenklatura partyjna. Degradacja i demoralizacja administracji publicznej



Wesprzyj nas!

Archiwum Osiatyńskiego powstaje dzięki obywatelom i obywatelkom gotowym bronić państwa prawa.


10 
20 
50 
100 
200