Głosować czy bojkotować? Stawiszyński: Skończyć z szantażem, ludzie mają prawo do swojej decyzji

Udostępnij

W Archiwum Wiktora Osiatyńskiego od 2017 roku dokumentujemy, analizujemy i objaśniamy zmiany w zakresie praworządności w Polsce.

Więcej

W sprawie udziału w wyborach ludzie mają prawo do wątpliwości, wahania, a przede wszystkim do zrobienia tego, co zechcą. I w żadnym z możliwych wariantów, naprawdę, w żadnym – ich decyzja nie będzie świadczyła o tym, czy są ludźmi przyzwoitymi – pisze filozof i eseista Tomasz Stawiszyński



Co zrobić z prezydenckim głosowaniem pocztowym, które PiS planuje na 10 maja? Wziąć udział w wyborach przeprowadzonych z pogwałceniem demokratycznych reguł, czy bojkotować to ułomne głosowanie? Takie pytanie zadaliśmy szanowanym uczestnikom i uczestniczkom polskiego życia publicznego. Zamieściliśmy już odpowiedzi prof. Krystyny Skarżyńskiejprezydenta Bronisława Komorowskiego, Agnieszki Graff i Magdaleny Staroszczykprof. Andrzeja RychardaWkrótce teksty m.in. prof. Jerzego Zajadły, Jerzego Stępnia, Adama Wajraka.

 

Poniżej publikujemy odpowiedź Tomasza Stawiszyńskiego, filozofa, eseisty i redaktora TOK FM.

 


 

Zacznijmy od deklaracji.

 

Na pytanie, czy powinno się w nadchodzących wyborach prezydenckich głosować, czy też nie, odpowiadam: powinno się zrobić tak, jak się uważa.

 

Za i przeciw

 

Sensowne argumenty przemawiają zarówno za bojkotem, jak i za udziałem.

 

W pierwszym przypadku można wskazać okoliczność, że nie z wyborami tu mamy do czynienia, a z ewidentnym wyrobem wyboropodobnym, który z pewnością nie spełnia demokratycznych standardów. Po prostu – w demokracji wybory poprzedza kampania wyborcza, w której na równych prawach mogą wziąć udział wszyscy kandydaci. W ramach kampanii przedstawiają oni swoje programy, spotykają się z wyborcami, biorą udział w dyskusjach o odpowiednio skonfigurowanych parytetach. A wszystko po to, żeby każdy głos miał szansę w pełni wybrzmieć.

 

Cóż, nie trzeba być wnikliwym analitykiem polskiej sceny politycznej, żeby stwierdzić rzecz oczywistą – pandemia koronawirusa uniemożliwiła kampanię wyborczą wszystkim zakwalifikowanym kandydatom poza jednym, czyli obecnie urzędującym prezydentem.

 

Udawanie, że nagle, po wielu latach obchodzenia się z prawem w sposób nacechowany, delikatnie rzecz ujmując, daleko idącą elastycznością, PiS’owi tak bardzo zależy, żeby terminu procedury wyborczej dotrzymać – wygląda na cyniczną grę. Powód jej prowadzenia jest jasny i wszyscy o nim wiedzą. Szanse Dudy na reelekcję są przy takich parametrach ogromne. Przy innych także oczywiście były ogromne, ale jednak nie do takiego stopnia. Akt bojkotu staje się tu więc czymś na kształt politycznej manifestacji: nie biorę w tym udziału, nie gram znaczonymi kartami, odchodzę od stolika.

 

Z drugiej jednak strony – i to jest poważny argument za głosowaniem – dlaczego właściwie oddawać zwycięstwo Dudzie walkowerem? Zwolennicy bojkotu twierdzą, że głosowanie jest równoznaczne z legitymizacją sposobu sprawowania władzy przez PiS. Ale jeśli legitymizacją ma być korzystanie z narzędzi, które dają niezerowe prawdopodobieństwo, żeby tę władzę istotnie ograniczyć – to jak nazwać korzystanie z narzędzi, które nie dają na to absolutnie żadnych szans? Zapewnienie obecnemu prezydentowi płynnego continuum w sprawowaniu urzędu nie jest legitymizacją, a zachowanie, które może tę płynność cokolwiek zakłócić, jest? Powiedzmy sobie szczerze, jest to logika raczej nieprzekonująca.

 

Wydaje się więc, że szala nieznacznie przechyla się jednak na rzecz udziału w prezydenckiej elekcji. Dopóki w Polsce nie zapanuje ustrój totalitarny, w którym wybory ustawiane będą w gabinetach centralnych, dopóty nie będzie dobrych powodów, żeby odmawiać w nich udziału.

 

Dotyczy to także tego czegoś, co przed nami, a czego z powodów, o których była mowa wyżej, wyborami nazwać się nie da. Ale co, tak podpowiada zasada rzeczywistości, może jednak przynieść podobny do wyborów efekt, mianowicie – odsunięcie Dudy od władzy.

 

Nie zmienia to zarazem prawdy oczywistej – gdybyśmy żyli w normalnym kraju, te wybory zostałyby przesunięte. W takich warunkach, jakie mamy dzisiaj, w obliczu realnego ryzyka epidemiologicznego, które wzrasta wprost proporcjonalnie do niewczesnego wycofywania restrykcji – co jest kolejną odsłoną albo cynizmu, albo głupoty rządzących, albo też konglomeratu obu tych cech – sprawa jest ewidentna.

 

Skończyć z szantażem

 

Dlaczego jednak zadeklarowałem na początku, że każdy powinien zrobić to, co uważa?

 

Dlatego, że męczy mnie ten dominujący w polskiej debacie publicznej, wiecznie podniesiony moralistyczny ton. Męczy mnie permanentne stosowanie szantażu emocjonalnego jako instrumentu w dyskusji. Męczy mnie nieustanne kwalifikowanie każdego zachowania, każdego wyboru, każdego przekonania jako bezalternatywnej ekspresji dobra albo zła, światła albo ciemności.

 

Męczy mnie gładkie utożsamianie poglądów z ludźmi i kompulsywne dzielenie zwolenników i przeciwników danego przekonania czy opcji politycznej wedle kategorii „przyzwoitości”.

 

Męczy mnie całkowity paraliż realnej debaty, jaką tego rodzaju zabiegi wywołują. Bo przecież ludzie „przyzwoici” nie muszą szukać merytorycznych racji dla swoich przekonań, nie muszą przedstawiać szczegółowego uzasadnienia własnych tez, nie muszą przyglądać się ani im, ani sobie, krytycznym okiem. Rzec by można, że to by w zasadzie „przyzwoitym” ludziom urągało. Przyznajmy, jest coś wręcz niestosownego w poszukiwaniu rozległych uzasadnień dla spraw moralnie oczywistych.

 

Ale nade wszystko męczy mnie kompletny brak miejsca na niepewność, na wątpliwości, na wahanie.

 

Kto się waha, kto nie wie, jak postąpić, kto nie ma na dzień dobry gotowej recepty, kto nie godzi się, żeby pod wpływem moralnego szantażu błyskawicznie przystąpić do jakiegoś obozu – ten bardzo często kwalifikowany bywa jako zdrajca, zaprzaniec, albo pożyteczny idiota nieświadomie pracujący na rzecz przeciwników.

 

Tę atmosferę permanentnego pośpiechu, permanentnej emocjonalnej presji – żeby już teraz, natychmiast, opowiedzieć się, wesprzeć, potępić, oburzyć, wściec, albo zmartwić – dodatkowo jeszcze potęgują media społecznościowe. Przykuwające naszą uwagę; intensywnie oddziałujące na emocje, czyli na tę sferę psychiki, którą najprościej kształtować; wciąż domagające się błyskawicznej reakcji, lajka, komentarza, opowiedzenia się tu albo tam. W sferze polskiej debaty publicznej wyjściowo i tak nie ma wiele miejsca na ostrożność i namysł, ale kiedy debata przenosi się do sieci, miejsce to kurczy się do rozmiarów cząstki elementarnej.

 

W efekcie realna dyskusja staje się niemożliwa. Dyskusja zakłada bowiem, że obie – albo więcej – zaangażowane w nią strony przyjmują wyjściowo, że mogą się mylić. I że do rozmowy zasiadają właśnie po to, żeby swoje stanowiska w danej kwestii poznać, przyjrzeć się im krytycznie, a następnie – niewykluczone – zmienić zdanie, jeśli się okaże, że ktoś coś widział w sposób niepełny czy błędny. W modelu moralistycznym natomiast strony z góry wiedzą, jak jest, a każde odstępstwo od kultywowanej przez nie ortodoksji, kwalifikują natychmiast jako dowód moralnego zepsucia heretyków. A przecież z heretykami, z ludźmi upadłymi, się nie dyskutuje, bo też i nie ma o czym.

 

Prawo do wątpliwości

 

Wbrew pozorom, nie jestem naiwnym idealistą i nie uważam, że w polskiej sferze publicznej możliwe jest, ot tak, zaprowadzenie nowych porządków. Albo że Prawo i Sprawiedliwość gotowe jest na merytoryczną debatę na jakikolwiek temat. Bynajmniej. Podstawowe narzędzia, jakimi posługują się dziś rządzący to siła (przemoc), perswazja (propaganda) i podstęp (manipulacja). Te trzy jakości doskonale łączy w sobie właśnie szantaż moralny, jeden z ulubionych środków erystycznych w arsenale PiS. Opowieści o tych, co stoją tam, gdzie „ZOMO”, układzie, łże-elitach i „zdradzieckich mordach”, to wszak szantaż moralny w najczystszej postaci. Idzie z nim w parze także paniczny lęk przed wszelkiego rodzaju wątpliwościami, namysłem, nieoczywistością.

 

Problem jednak polega na tym – co wnikliwie przez całe życie opisywał zmarły niedawno francuski antropolog René Girard – że w głębokich rejestrach każdego, podkreślmy: każdego, konfliktu działa zasada mimetyzmu. To znaczy bezwiednego upodabniania się do siebie zwaśnionych stron. Kierunek jest prosty – w miarę zaostrzania się sporu, podobieństwo rośnie. Nie znaczy to wcale, że racja – merytoryczna i moralna – w takim sporze rozkłada się równomiernie. Nic z tych rzeczy. Rację może mieć jeden lub drugi – co nie zmienia faktu, że obaj w równym stopniu podlegają opisywanemu przez Girarda mechanizmowi.

 

Otóż wydaje mi się, że w polskiej sferze publicznej – jak i w każdej innej zresztą – mamy do czynienia właśnie z takim zjawiskiem. Tu, znowu, deklaracja: nie jestem „symetrystą” i nie uważam ani, że racja jest równo po obu stronach, ani że to, co wyprawia Prawo i Sprawiedliwość mieści się w granicach nowoczesnej demokracji. Niemniej pewne specyficzne wzmożenie, niechęć do niuansowania, lęk przed wątpliwościami, agresywny moralizm, zero-jedynkowość, tendencja do rozdzierania szat i okrzykiwania zdrajcą albo sługusem wroga każdego, kto ma inne zdanie – te właściwości rozkładają się w polskiej polityce w sposób bardzo demokratyczny, słowem, można je spotkać po wszystkich stronach barykady.

 

Atmosfera, jaką to generuje, jest wprost nieznośna. Dlatego też upominam się tutaj także – a może raczej przede wszystkim – o tych, dla których sprawa wyborów nie jest wcale jednoznaczna. O tych, którzy nie wiedzą jeszcze jak postąpić, bo nie potrafią podjąć decyzji. Bo się wahają. Bo może zdecydują co zrobić w ostatniej chwili.

 

Otóż – powiedzmy to sobie jasno – mają do tego prawo.

 

Prawo do wątpliwości, wahania, a przede wszystkim do zrobienia tego, co zechcą. I w żadnym z możliwych wariantów, naprawdę, w żadnym – ich decyzja nie będzie świadczyła o tym, czy są ludźmi przyzwoitymi.

 

Zarówno przyzwoitych, jak i nieprzyzwoitych bowiem można spotkać wśród przedstawicieli wszystkich światopoglądów, nacji, religii, kultur oraz – last but not least – obozów politycznych.

 

Nawet w Polsce, choć niektórym wyda się to zapewne niedorzecznością.

 

Tomasz Stawiszyński – filozof, eseista, redaktor Radia TOK FM. Autor m.in. książki „Potyczki z Freudem. Mity, pokusy i pułapki psychoterapii”.

 


 

Dyskusja na temat wyborów prezydenckich jest niezwykle pilna, bo nawet w  redakcji OKO.press panują sprzeczne opinie. Jedni uważają, że należy próbować wziąć udział w wyborach, zdając sobie sprawę z ich ułomności oraz z faktu, że w istocie nie będą demokratyczne, bo inaczej oddajemy pole PiS. Inni – że należy bezwzględnie zbojkotować głosowanie, które będzie antydemokratyczną farsą.

 

Opublikowaliśmy już następujące głosy:

 



Autor


W Archiwum Wiktora Osiatyńskiego od 2017 roku dokumentujemy, analizujemy i objaśniamy zmiany w zakresie praworządności w Polsce.


Więcej

Opublikowany

3 maja 2020







Inne artykuły tego autora

01.06.2020

Bartłomiej Nowotarski: Konstytucja albo śmierć

29.05.2020

Fake demokracja Kaczyńskiego. Czy Polska już jest wyborczą dyktaturą? Analiza konstytucjonalisty

28.05.2020

Konstytucyjna kompetencja Zgromadzenia Ogólnego Sędziów Sądu Najwyższego do przedstawienia Prezydentowi kandydatów na stanowisko Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego

25.05.2020

Jak żaba gotowana w garnku. Polska na drodze do autorytaryzmu

25.05.2020

Kim jest prof. Włodzimierz Wróbel, kandydat na prezesa SN? „Prawnik to zawód, w którym trzeba walczyć o innych”

24.05.2020

Sąd to nie lokal do wynajęcia przez polityków. Słowa sędziego Wróbla jak wyrzut sumienia władzy

22.05.2020

Dawne spotkanie komisarza Stępkowskiego. Kamera OKO.press na półzamkniętej konferencji Ordo Iuris

22.05.2020

Kto za niezawisłością, a kto nie? Wyjątkowy ranking kandydatów na pierwszego prezesa Sądu Najwyższego przygotowany przez Iustitię

21.05.2020

Czujność w czasach zarazy

19.05.2020

Apel Inicjatywy Wolne Sądy – wyrazy wsparcia i uznania dla prawidłowo powołanych Sędziów Sądu Najwyższego

15.05.2020

Michał Literski: 14 dni spokoju w Sądzie Najwyższym

10.05.2020

Adam Bodnar: Partia zafundowała nam spektakl. A potrzebujemy zaufania i solidarności [FRAGMENT KSIĄŻKI]

04.05.2020

Elżbieta Podleśna: To pozory, nie wybory. Nie chcę mieć kaca moralnego

04.05.2020

Wojtkowski: Po co brać udział w wyborach, które zostaną sfałszowane? Po to, by musieli je sfałszować

04.05.2020

Głos czy bojkot? Katarzyna Jagiełło: Te wybory to nie będzie święto demokracji

03.05.2020

Wajrak: Nie ma kampanii, nie ma wyborów. Gdyby w 2015 r. była epidemia, Komorowski wygrałby w I turze

02.05.2020

Prof. Rychard: Brak udziału w wyborach pocztowych to akt obywatelskiej niezgody, a nie bierności

01.05.2020

Prof. Skarżyńska: Wybory w maju spowodują, że nie będziemy mieli prawomocnie wybranego prezydenta

01.05.2020

Prezydent Komorowski dla OKO.press: „Nie zamierzam brać udziału w wyborczej farsie”

30.04.2020

„Moi obywatele – Pani prezes kochana” Prof. Małgorzata Gersdorf opuszcza gmach Sądu Najwyższego



Wesprzyj nas!

Archiwum Osiatyńskiego powstaje dzięki obywatelom i obywatelkom gotowym bronić państwa prawa.


10 
20 
50 
100 
200